O wspinaniu, bieganiu i podróżowaniu po świecie

Co mi w uszach gra? Czyli podcasty do biegania

Co robić podczas biegania? Po ostatnim wpisie Agnieszki już chyba wiecie 😉. Kontynuujemy temat, dzisiaj pora na listę moich propozycji. Zapraszam do materiału.

Z moich obserwacji wynika, że mniej więcej połowa moich biegowych znajomych nie wychodzi na bieganie bez słuchawek. Poniekąd to rozumiem, choć sam nie podchodzę do tego tak ekstremalnie, to jednak w większości przypadków preferuję treningi, kiedy coś mi do ucha gada 😉.

Swoją drogą temat biegania ze słuchawkami lub bez jest bardzo ciekawy i mam na ten temat swoją teorię, ale o niej może kiedy indziej. Z dopasowaniem słuchawek raczej nie miewam problemów. Wbrew pozorom, nie wszyscy mają tak dobrze, więc już na wstępie jestem potencjalnie narażony na "słuchawkową zarazę". Większość moich treningów to spokojne bieganie, zatem na przestrzeni roku do zagospodarowania mam setki godzin. Dla geografa o szerokich zainteresowaniach jest to zatem szansa, obok której nie można przejść obojętnie 😁.

Swoją (audio)biegową przygodę zaczynałem oczywiście od słuchania muzyki. Wtedy sukcesem było już samo zmobilizowanie się do wyjścia, muzyka była więc dla mnie swego rodzaju atrakcją. Atrakcją, która po kilkunastu minutach biegu umożliwiała ucieczkę od myśli "a może jednak skrócić dzisiejszy trening".

W momencie kiedy kondycja umożliwiała mi już trucht bez łapczywego łapania powietrza, przyszedł czas na książki. Zawsze lubiłem czytać, dlatego kiedy bieganie przestało mi przeszkadzać i nie walczyłem już o to by się nie zatrzymać, przekierowanie części uwagi na czytającego lektora nie była problemem. Pamiętam, że było to moje "wielkie odkrycie" 😉 zwłaszcza że na przestrzeni lat czasu na książki ubywało, a tu nagle pojawiła się taka okazja.


Ostatnie kilkanaście miesięcy to jednak kolejny przełom w brzmieniu moich treningów. Dynamiczny rozwój rynku podcastów na przestrzeni ostatnich lat sprawił, że mamy do dyspozycji coraz więcej świetnych audycji do wyboru praktycznie na każdy temat. Agnieszka w ostatnim wpisie przestawiła swoją listę faworytów. Dzisiaj czas na mnie i moje propozycje.

1. Dział zagraniczny

Tak wiem, było już o tym, ale ten program jest na tyle dobry, że muszę o nim wspomnieć. Dla osób, które wychowały się na magazynie National Geographic (tak jak ja) to pozycja obowiązkowa. Usłyszycie tam o świecie w sposób ciekawy i wciągający, ten program poszerza horyzonty. Poza świetnymi historiami słychać tam również dziennikarskie doświadczanie Maćka Okraszewskiego. To niestety ma też swoje przykre konsekwencje! Po kilku odsłuchanych odcinkach tego programu powrót do innych, amatorskich propozycji staje się nieprzyjemny 😉.
https://www.dzialzagraniczny.pl/category/podcasty/


2. Brzmienie świata z lotu Drozda

Pozostajemy w temacie podróżniczym. Paweł Drozd stworzył program, który daje nam szansę poznać i zrozumieć świat. Nie usłyszycie tam wiele o polityce, ale poznacie niezwykłe historie i ludzi je tworzących. Świetna realizacja programu, który wzbogacony jest o nietuzinkowe propozycje muzyczne, które na pewno Was zaskoczą. Posłuchajcie koniecznie.
https://www.facebook.com/brzmienieswiata/



3. Raport o stanie świata

Raportu Rosiaka pewnie większości nie trzeba przedstawiać. Radiowa audycja po wieloletniej obecności na antenie Trójki wraca w nowej odsłonie w formie podcastu. Informacje i komentarze o najważniejszych wydarzeniach na świecie. Jak mówi sam autor o swoim programie: 

Przyglądam się światu i opowiadam o nim przy pomocy słów i innych dźwięków: rozmów z ludźmi, którzy znają się na rzeczy, relacji reporterskich w różnych miejsc na świecie i muzyki, która zawsze jest na temat – nawiązuje do tematów i miejsc, o których mówimy. Treść programów dotyczy wszystkich sfer życia: polityki, kultury, nauki, sportu, sztuki, technologii, medycyny, obyczajów, itd.

https://raportostanieswiata.pl/


4. Dietetyka oparta na faktach

Tytuł w zasadzie mówi wszystko 😁. Autorem tego podcastu jest Radek Smolik, który nie owija w bawełnę tylko opowiada o żywieniu w oparciu o badania naukowe. Program nasycony wiedzą, być może niektóre odcinki słuchać będziecie dwa razy, ale warto poświęcić na to czas. Żywienie to temat rzeka, nie jest prosty jak chciałaby go widzieć większość z nas. Mnóstwo wariacji i zależności sprawia, że połapanie się w tym wszystkim może wydawać się niemożliwe. Odnoszę wrażenie, że ciągle łatwiej trafić jest na wypowiedź jakiegoś dietetyka-szamana, niż na osobę w istocie kompetentną. Dużo praktycznych porad i teoretycznych rozważań, polecam wszystkim zainteresowanym tematem żywienia.
https://www.dietetykaopartanafaktach.pl/podcast/

5. Z pasją o mocnych stronach

To propozycja dla osoby dla których rozwój osobisty nie jest obojętny. Autorem podcastu jest Dominik Juszczyk, certyfikowany trener Instytutu Gallupa, który jak sam o sobie mówi:

Nieustannie szukam sposobów na mądre i intencjonalne działanie i świadomie buduję nawyki. Lubię myśleć, że jestem w drodze – wciąż przyglądam się temu, co jest dla mnie ważne, eksperymentuję i wyciągam wnioski.

Dobra pozycja dla osób szukających inspiracji do zmiany lub działania 😉.
https://dominikjuszczyk.pl/category/podcast/


Jeżeli macie jakiś swoich faworytów koniecznie napiszcie w komentarzach.

EVADICT MT Cushion - test

EVADICT to nowa marka ze stajni Decathlona. Wcześniejsze modele butów biegowych tej popularnej sieciówki zostały przemianowane dostając przy okazji nowe wersje kolorystyczne. Tak stało się w przypadku butów: XT7, MT2, czy TRAIL Race 4. Przy okazji debiutu nowej marki dostaliśmy również nową propozycję buta do biegów w terenie: MT Cushion. Jak ten model poradził sobie w naszym teście? Zapraszam do materiału.

VIII ultraMaraton Bieszczadzki - relacja

VIII UltraMaraton Bieszczadzki za nami. W tym roku mieliśmy edycję wyjątkową w związku z sytuacją epidemiczną. Wyjątkowe były też uczucia, które towarzyszyły mi podczas biegu, bynajmniej nie ze względu na COVID. O szczegółach przeczytacie poniżej.



Zastanawialiście się dlaczego bieganie w zawodach potrafi być takie unikalne? Często o tym myślałem co sprawia, że pomimo trudów jakie przeżywamy podczas zawodów, ciągle na nie wracamy. Wyobraźcie sobie zatem taką sytuację: przygotowujecie się do jakieś imprezy wiele tygodni, poświęcacie dziesiątki godzin na trening, ćwiczenia, regeneracje etc., a to wszystko kosztem innych rzeczy, doba ma wszak tylko 24 godziny. Rzetelnie przepracowaliście okres przygotowawczy, w międzyczasie udało się wam uchronić przed kontuzjami. Jeżeli dotarliście do tego etapu to już jest to wyjątkowe, ale to jeszcze nie koniec! Przyjeżdżacie na start i... no właśnie rzecz w tym, że macie tylko jedną, jedyną szansę, żeby zaprezentować sobie i innym, na co was stać. Przytłaczające, nieprawdaż? 😉

Nie o stresie tu jednak chciałem pisać, bo ten co prawda zawsze (w większym lub mniejszym stopniu) nam towarzyszy, jednak na naszą dyspozycję dnia wpływa tak wiele różnych rzeczy... że chyba lepiej o tym wszystkim, zwlaszcza przed zawodami, po prostu nie myśleć. Dzień "konia" to jest to, o czym chyba każdy zawodnik marzy przed startem w zawodach. Tym razem nie było mi dane cieszyć się taką dyspozycją.

Trasa biegu w porównaniu z tą z ubiegłego roku uległa małej zmianie, szczegółowo o tym pisałem już w zapowiedziach. Zainteresowanych odsyłam do tekstu.


Wystartowałem w ostatniej grupie zawodników. Start odbył się przy orliku w Cisnej o 2:00 w sobotę 10 października. Ruszyliśmy spokojnie, nikt nie narzucał jakiegoś kosmicznego tempa, co nie zawsze ma miejsce nawet podczas startu na dystansie 90 km 🙂. Pierwsze kilometry biegłem w czołowej grupie zawodników, ale gdy zaczęło się podejście świadomie spuściłem trochę nogę z gazu. Trasa była dobrze oznaczona i pomimo, że światełka prowadzących biegaczy zniknęły mi z oczu, nie miałem żadnych problemów ze znalezieniem drogi. Biegłem spokojnie na szóstej pozycji.

Na pierwszy punkt odżywczy w Roztokach dotarłem po godzinie i czterdziestu czterech minutach. Uzupełniłem wodę w bidonie i szybko wróciłem na trasę. Na odcinku do Solinki wspominałem ubiegłoroczną wywrotkę i awarię czołówki. W tym roku na szczęście obyło się bez tego typu niespodzianek. Postój w Solince wyglądał podobnie jak na pierwszym punkcie - dolałem wody i pognałem dalej. Wolałbym korzystać z prywatnego supportu, ale w tym roku taka możliwość była dopiero na trzecim punkcie odżywczym - Roztoki II. Z uwagi na fakt, że miał to być już 40 km trasy, rozsądnie było dbać o zapas wody.


Gdy dobiegałem do punktu Roztoki II zaczynało świtać. Pomimo tego czułem się po prostu źle. Byłem obolały i brakowało mi sił. Nie mogłem znaleźć przyczyny tej słabości. Przebiegło mi nawet przez głowę, czy aby nie jestem chory. Zacząłem zastanawiać się, czy kontynuowanie biegu ma w tym wypadku jeszcze jakiś sens. Na moje nieszczęście miał być to mój ostatni bieg w sezonie, więc o wymówki było w tym momencie trudno. Na punkcie zmieniłem buty, Agnieszka wcisnęła mi jakąś zupę i poturlałem się dalej. O kryzysie jej nie wspominałem, postanowiłem jeszcze powalczyć.


W drodze do Wetliny ponownie uciekłem we wspomnienia. Wracałem myślami do wrześniowych treningów na tym odcinku trasy. To mi chyba jakoś pomogło, bo biegło mi się lepiej. Do Wetliny przybiegłem jako czwarty zawodnik z przeszło 10 minutową stratą do trzeciego 
i niewielką przewagą nad piątym. Zamiast jednak myśleć o pogoni dopadł mnie srogi kryzys. Tak, znowu na Smereku, podobnie jak rok temu, przeżywałem katorgę. Obiecałem sobie wtedy, że na powtórkę tej sytuacji sobie nie pozwolę. Nic z tego jednak nie wyszło. Mozolne człapanie na Smoka sprawiło, że roztrwoniłem swoją kilkuminutową przewagę nad piątym zawodnikiem. Osiągając Smerek miałem go tuż za plecami. Postanowiłem, w miarę możliwości, odskoczyć na zbiegu. Zacząłem szybciej przebierać nogami i dość szybko okazało się, że dystans między nami wzrasta. Puściłem się w dół na miarę możliwości swoich i... terenowych. Do góry ciągnęło niestety dużo ludzi i trudno było nabrać prędkości. Po zbiegu były te cholerne tory, czyli nieco ponad kilometr biegu po starych, zarośniętych torach, który ciągnął się w nieskończoność. Na ostatnim punkcie odżywczym uzupełniłem zapasy, zmieniłem koszulkę i ruszyłem na ostatni 18 kilometrowy odcinek. Sił nie miałem, ale jak najszybciej chciałem mieć to już wszystko za sobą. Moja strata do 3 zawodnika wynosiła już prawie 12 minut... za siebie już się nie oglądałem.


Po przebiegnięciu 70 kilometrów trudno jest podkręcić tempo. Czy dałem z siebie wszystko? Raczej nie, choć w tamtym momencie starałem wykrzesać z siebie resztki ambicji, żeby zmobilizować się do większego wysiłku. Plan zrealizowałem połowicznie. Ze wspomnianych "
prawie 12 minut" urwałem 8, zabrakło niecałe 4 minuty do trzeciego miejsca. Bieg ukończyłem w czasie: 11h 04m 33s i skłamałbym pisząc, że byłem zadowolony. Chociaż nie, wróć - zadowolony byłem, że w końcu dotarłem do mety. Wynik zaś do dzisiaj wzbudza we mnie duży niedosyt, najchętniej pobiegłbym tam raz jeszcze.


Chciałbym Wam serdecznie podziękować za wszystkie kciuki, lajki i komentarze na Facebooku 👍. 
Dziękuję FlexiStav Team za świetną atmosferę i ... kostium! Na razie tematu nie będę rozwijał, ale jest szansa na coś nowego od przyszłego sezonu. Te "coś" zasługuje na pewno na osobny wpis, zatem jak mawiają za oceanem: stay tuned 😉

Dzięki też dla Marka za kibicowanie na trasie! Zbicie "piony" z rana na Okrągliku dodało mi motywacji 👍👍

Na koniec największe podziękowania dla Agnieszki za mistrzowski support na trasie 🙏. Gdy zbliżę się w bieganiu do poziomu jej supportu to takie biegi będę wygrywał w cuglach 😉


Statystyki z biegu

Dystans: 90 km
Nr startowy: 43
Kategoria: M30
Czas: 11h:04m:33s
Miejsce Open/Kategoria: 4/3

Link do wyników

Link do Stravy:

Tatra Fest Bieg 2020 - relacja z zawodów cz.1

W zasadzie do samego końca nie wierzyłem, że ten bieg się odbędzie. Organizator co prawda zapewniał, że posiada niezbędne pozwolenie, ale pogarszająca się sytuacja epidemiczna w kraju dawała do myślenia. Ostatecznie wszystko udało się dowieźć do końca, a ja miałem niepowtarzalną okazję by po latach ponownie pobiec w Tatrach. Emocji jak zwykle nie brakowało, zapraszam do części pierwszej relacji z zawodów: Tatra Fest Bieg 2020.

Informacje o biegu

Nazwa: Tatra Fest Bieg
Termin: 15 sierpnia 2020 r.
Miejsce startu/mety: Kuźnice
Godzina startu: 5:00
Dystans: 60 km
Suma podejść/zejść: +5 049
m/-5 049m
Link do mapy


Źródło: mapa-turystyczna.pl

Zapisy na tegoroczny Tatra Fest Bieg 2020 trwały raptem kilkadziesiąt sekund. Było to w zasadzie do przewidzenia, dlatego już kilka minut przed godziną "zero" siedziałem i nerwowo klikałem w "F5". W końcu formularz zapisu się pojawił, a ja prawdopodobnie pobiłem swój rekord prędkości pisania na klawiaturze. Na nic się to jednak zdało, bo w ostatnim kroku, przy próbie potwierdzenia zgłoszenia, na stronie wyświetlił się "błąd zapisu". O bieganiu w Tatrach trzeba było szybko zapomnieć.

Niespodziewanie, pod koniec kwietnia, na mojej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość od organizatorów, o możliwości startu w zawodach. Nie powiem, chwilę się zastanawiałem, od trzech tygodni w ogóle nie biegałem, do tego jeszcze pandemia... Żeby jednak nie żałować, odpowiedź mogła być tylko jedna - wchodzę w to!

Maj i czerwiec upłynął pod znakiem zapytania czy zawody w ogóle się odbędą. Ostatecznie, chyba z początkiem lipca, przyszła informacja od organizatorów, że zawody się odbędą. Udało mi się jeszcze pojechać na kilka dni w Tatry, żeby przypomnieć sobie jak to się biega w naszych najwyższych górach.


Fot. Agnieszka Wilk-Pawłowska

Do naszego Rock&Run'owego teamu dołączyła Asia i w trójkę, 13 sierpnia ruszyliśmy na tatrzańską przygodę. W piątek dziewczyny poszły w góry, a ja miałem za zadanie opracowanie biegowej logistyki na dzień kolejny.

Bieganie w Tatrach, biorąc pod uwagę inne biegi w naszym kraju - to inna konkurencja 😉. Dlatego w kontekście mojego startu w Tatra Fest nie miałem żadnych oczekiwań. Wiedziałem, że w życiowej formie nie jestem, ale pomimo pewnych zdrowotnych problemów, mój fit level nie szorował po dnie. Byłem zatem niezmiernie ciekawy na co mnie obecnie stać.

Start biegu zaplanowany był na sobotę 15 sierpnia. Ze względu na ograniczenia spowodowane pandemią zawodnicy zostali podzieleni na dwie grupy. Pierwsza miała startować o 5:00, druga kwadrans później. Wylądowałem w drugim "koszyku", więc o ściganie było trochę trudniej. Nie specjalnie mi to jednak przeszkadzało i tak cieszyłem się, że w ogóle mam szansę uczestniczyć w tych zawodach. 

Trasa biegu początkowo miała wynieść 60 km z sumą podejść wynoszącą 5 000 m. Na kilka godzin przed startem, kiedy bezskutecznie próbowałem zasnąć, Agnieszka poinformowała mnie, że z powodu zapowiadanych burz, organizatorzy skrócili dystans do 49 km (suma podejść ok. 3 900 m). Miejsce startu i mety pozostało bez zmian (Kuźnice). Zrezygnowano jednak z odcinka biegnącego po Tatrach Zachodnich. Trochę szkoda, ale prognozy faktycznie nie wyglądały dobrze, więc taka decyzja nie mogła dziwić. W zaśnięciu ta wiadomość nie specjalnie mi jednak pomogła.

Trasa po zmianach

Miejsce startu/mety: Kuźnice
Godzina startu: 5:15
Dystans: 49 km
Suma podejść/zejść: +3 925m/-3 925m
Link do mapy


Źródło: mapa-turystyczna.pl

Kiedy w końcu udało mi się "zmrużyć oko" trzeba było wstawać. Budzik zadzwonił o drugiej w nocy. Pora w sam raz na przedbiegowe śniadanie 😉. Te miałem już przygotowane, zjadłem je bardziej z poczucia obowiązku niż z głodu. Finałowy packing, kawka i byliśmy w drodze do Kuźnic. Jadąc na start zorientowałem się, że nie mam pasa HR. Powrót nie wchodził w grę, ale bardzo żałowałem, bo w planach chciałem trzymać się zakładanego tętna, żeby nie pobiec za szybko na początku. Trudno, będę musiał biec na samopoczucie.


Fot. Joanna Zaleska

Zaparkowaliśmy przy rondzie i w ramach rozgrzewki ruszyliśmy spacerkiem do Kuźnic. Dotarliśmy na start biegu, poddałem się weryfikacji sprzętu obowiązkowego i pozostało tylko czekać na start mojej grupy. Spacer okazał się niewystarczający, poczłapałem więc potruchtać. Na rozgrzewce spotkałem Romana Ficka, świeżo upieczonego rekordzistę Głównego Szlaku Beskidzkiego, pogadaliśmy chwilę, a na koniec zbiliśmy piątkę życząc sobie powodzenia.

W tegorocznej edycji Tatra Fest Bieg wystartowało łącznie 301 zawodniczek i zawodników. Punktualnie o 5 wystartowała pierwsza grupa biegaczy. Chwilę później zajęliśmy ich miejsce w strefie startu i równo o 5:15 ruszyliśmy w górę. Jednak o tym co działo się na trasie biegu przeczytacie już jutro, w następnym odcinku 😉.


Fot. Joanna Zaleska

 >> Link do części 2 <<

Biegowo w Kotlinie Kłodzkiej

Rok 2020 jest pełen zwrotów akcji i niespodzianek. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że w obecnym czasie planowanie czegoś w perspektywie dłuższej niż tydzień lub dwa, nie ma większego sensu. Po kilku resetach postanowiłem już nie planować w tym roku żadnego urlopu, wyjazdu, biegu etc. tylko działać na bieżącą chwilę.

 

inov-8 Roclite 300 - test

INOV-8 to w świecie biegów górskich i trailowych marka kultowa, która ma pokaźne grono gorących zwolenników, jak również krytyków. Kilka lat temu sam byłem bliski zakupu, ale niestety po przymiarce X-talon'ów 212, okazało się, że są dla mnie zdecydowanie za wąskie. Minęło trochę czasu, ale w końcu buty z obozu inov-8 trafiły do mojego arsenału.

Podstawowe informacje

marka: inov-8
model: Roclite 300
nawierzchnia: teren
przeznaczenie: treningowe
waga (rozmiar 42): 300 g
drop (spadek pięta-palce): 8 mm


Jak podaje oficjalny dystrybutor inov-8 w Polsce: Roclite były pierwszymi butami inov-8, które pojawiły się na polskim rynku...

Inov-8 w wersji Roclite występuje w kilku podobnych wariantach. O ile kształt cholewki jest raczej podobny, to należy zwrócić uwagę na drop, który w zależności od wersji wynosi od 4 do 8 milimetrów. Roclite'y możemy również nabyć z wodoodporną membraną - Gore-Tex.

Warto też wspomnieć, że od niedawna producent oferuje modele z grafenową podeszwę G-grip, która zapewniać ma bardzo dobrą przyczepność oraz zwiększoną trwałość. Testowane przeze mnie buty posiadały podeszwę o nazwie: TRI-C Sticky, zatem do wersji grafenowej nie mogę się odnieść.
 
Dodam jeszcze, że testowane buty zostały przeze mnie zakupione z własnych środków.

Producent o bucie

... nowy bieżnik - 6 mm kołki o rozszerzonej podstawie dają większą stabilizację stopie; nowa podeszwa - guma TRI-C Sticky - oznacza super przyczepność do skał. W podeszwie zaprojektowano nową generację płytki META-PLATE, chroniącej spód stopy przed uderzeniami o twarde i ostre kamieniste podłoże. Nowa pianka POWERFLOW daje 10% lepszą amortyzację i 15% więcej energii oddaje niż tradycyjne podeszwy. Nowa konstrukcja cholewki - system sznurowania ADAPTERWEB powstał na bazie anatomicznej budowy stopy, dobrze trzyma piętę a jednocześnie pozwala swobodnie pracować palcom i przy ewentualnym spuchnięciu nie uciska stopy. Język jest zintegrowany z materiałem cholewki co zabezpiecza przed wpadaniem piasku czy kamyków.

Dużo tych nazw i technologii, zobaczmy jednak jak to wszystko wypada w praktyce.

Przeznaczenie

Zgodnie z informacją zamieszczoną na stronie dystrybutora, Roclite 300 to but zaprojektowany z myślą o górskich maratonach. Nacisk położono na dobrą przyczepność i kontrolę buta na nierównej nawierzchni. Zastosowana amortyzacja powinna nam zapewnić dobrą izolację od podłoża.

Warunki testowe i pierwsze wrażenia

Muszę przyznać, że recenzja tego buta miała ukazać się już kilka miesięcy temu. Powodem takiego opóźnienia był brak możliwości przetestowania butów w warunkach typowo górskich (czytaj tatrzańskich). Przed ostatecznym werdyktem chciałem dać im jeszcze jedną szansę 😉

Nie będę ukrywał, że pierwsze wrażenia okazały się dużym rozczarowaniem. Szumnie zapowiadane technologie jakoś niespecjalnie mnie zachwyciły. W zasadzie to po pierwszych biegach byłem tym butem rozczarowany. Trudno było mi znaleźć jakąkolwiek zaletę lub cechę, która uzasadniałaby ich zakup. No cóż, po przebiegnięciu ponad 700 km, ciągle niczego takiego w nich nie odkryłem, ale przejdźmy do szczegółów.


Cholewka

Cholewkę wykonano z przewiewnej siateczki. Z przodu mamy skromny otok, który ma za zadanie chronić nasze palce. Od środka ku tyłowi rozchodzą się dwa krzyżujące się pasy, które nadają kształt całej konstrukcji buta. Po bokach mamy gumowane pasy, które również pełnią funkcje usztywniającą. Język jest miękki i elastyczny, dodatkowo zintegrowany z materiałem cholewki. Zastosowano cienkie sznurowadła, które niestety potrafią się rozwiązać w podczas biegania.

Zapiętek jest dość sztywny, ale wygodny. Niestety but niezbyt dobrze "trzyma" piętę. Na szczęście mamy dodatkową dziurkę na sznurowadła, dzięki czemu możemy to "trzymanie" zdecydowanie poprawić.

Kopyto, w skali stosowanej przez inov-8 (od 1 do 5), ma wartość 3. Mamy zatem do czynienia z konstrukcją o średniej szerokości. Na mojej nodze "trójki" leżą bardzo dobrze, miejsca na palce mi nie brakuje. Oczywiście każdy powinien ten parametr zweryfikować osobiście, ale muszę przyznać, że bardzo podoba mi się, że producent o tym komunikuje. Chyba żadna wiodąca marka nie informuje w tak jasny sposób o charakterystyce swoich poszczególnych modeli, brawo inov-8.

Podeszwa i bieżnik

Nie będę ukrywał, że miałem co do tego punktu duże oczekiwania. W końcu na stronie producenta można znaleźć zapewnienia o "doskonałej przyczepności".

Na początek kilka słów na temat amortyzacji, która jest... bardzo mizerna. Nie spodziewałem się oczywiście mega wygodnych kapci, zwłaszcza po producencie, który od amortyzacji raczej stroni. Jednak odczucia nie były przyjemne. Dodatkowo należy też wspomnieć o przytaczanej wyżej "izolacji od podłoża". But izoluje raczej średnio i po przebiegnięciu 30 km po tatrzańskich, kamienistych szlakach, będziecie raczej mieli dość.

Od początku wiedziałem, że ten typ bieżnika, ze względu na usytuowanie i częstość kołków, na błotnistym terenie raczej się nie sprawdzi. Dlatego też nie specjalnie zdziwiłem się, że but na błotnistych, bieszczadzkich zbiegach spisał się słabo. Podobnie było też na mokrych kamieniach, podobnie czytaj - zdecydowanie poniżej oczekiwań. Nie chcąc jednak spisywać te buty na straty postanowiłem poczekać, aż nadarzy się okazja do pobiegania w Tatrach. Niestety ten egzamin Roclite 300 również oblały. O ile but suchej skały "trzyma" się dobrze (pokażcie mi but, który nie "trzyma" się suchego tatrzańskiego granitu), to już na mokrej zdecydowanie brakuje mu przyczepności. Podeszwa "sticky" nie ma startu nie tylko do świetnej gumy continentala w adidasach, ale również wypada znacznie gorzej od tej zastosowanej w Kalenji Kiprace Trail 4.



Trwałość

Roclite 300 nie miały ze mną łatwo, nie można powiedzieć żebym je w jakimś stopniu oszczędzał. Po przebiegnięciu ponad 700 km w bardzo zróżnicowanym terenie buty wyglądają przyzwoicie. Oczywiście widać stopniowe zużycie materiałów, ale wynikają one wyłącznie z eksploatacji.



Podsumowanie

W zasadzie nikomu nie mogę polecić tego buta. Nawet fanom marki radzę rozejrzeć się za innym modelem ze stajni inov-8. Roclite 300 niczym się nie wyróżnia, na żadnym terenie nie spisuje się szczególnie dobrze. Jest to but bardzo prosty, wręcz toporny. W czasie biegania po leśnych ścieżkach spisuje się dobrze, ale... no właśnie, leśne ścieżki nie stanowią raczej większego wyzwania. W tej cenie znajdziemy na rynku dużo więcej ciekawszych modeli.


galeria zdjęć

Kotlina Kłodzka - plan kilku wycieczek biegowych (lub pieszych)

Jeżeli wybierasz się do Kotliny Kłodzkiej i chcesz się trochę poruszać – to zdecydowanie jest to tekst dla Ciebie! Od razu zaznaczę, że nie jest to propozycja treningowa dla zagorzałych biegaczy. Jeśli jednak z niedowierzaniem patrzysz na ludzi biegających po górach, to nie musisz się obawiać. Poniżej propozycje powinny przypaść Ci, drogi czytelniku, do gustu.

Optyczne czujniki tętna

Pozostajemy w temacie czujników tętna. Ostatnio pisałem o pasach piersiowych, dzisiaj przyjrzymy się czujnikom optycznym. Czy warto się nimi zainteresować? O tym i nie tylko w niniejszym wpisie.



W części pierwszej szczegółowo opisałem pasy piersiowe, było zarówno o wadach i zaletach. Dzisiaj na warsztat bierzemy czujniki optyczne. Temat jest dość skomplikowany więc uprzedzam, że będzie trochę dłużej niż ostatnio, ale chyba nie będziecie narzekać.

Jeszcze 5 lat temu optyczne czujniki tętna były raczej ciekawostką. Czołowi producenci zegarków sportowych zaczęli umieszczać je w swoich topowych sprzętach całkiem niedawno, bo w okolicach roku 2016. Obecnie, optyczne czujniki tętna montowane są już nie tylko w najdroższych modelach, ale także w opaskach za kilkaset złotych. Odmiennym tematem jest oczywiście jakość tych czujników. Nie da się jednak zaprzeczyć, że na przestrzeni kilku lat, czujniki optyczne stały się wszechobecne.

Na wstępie warto również zaznaczyć, że optyczny pomiar tętna nie jest technologią specjalnie młodą. Wykorzystywany jest już od kilkudziesięciu lat w służbie zdrowia. O ile jednak optyczne pomiary podczas spoczynku nie stanowią problemu, to pomiary w czasie aktywności to zupełnie inna liga.

źródło: suunto.com

Jak to działa?

Pomiar za pomocą OHRM (Optical Heart Rate Monitoring) odbywa się za pośrednictwem światła. Cały trik polega na tym, że światło rozprasza się w naszym ciele w przewidywalny sposób wraz ze zmianą dynamiki przepływu krwi. Dotyczy to zarówno częstotliwości tętna, jak również zmianę objętości przepływu krwi.

Czujniki optyczne zbudowane są z kilku elementów. Przede wszystkim jest nim emiter optyczny, który naświetla naszą skórę. Zazwyczaj emitery składają się z 2 lub więcej diod LED. Odbite światło przechwytywane jest przez detektor, a następnie przetwarzane jest przez procesor sygnału, który przetwarza te informacje na cyfrowe dane. Dodatkowo przy pomocy akcelerometru pozyskiwane są dane na temat ruchu. Dopiero ten komplet danych jest analizowany przez algorytmy. Pozyskiwane w ten sposób dane poza tętnem umożliwiają dodatkowo wyznaczyć np. 
VO₂ max, zmienność rytmu serca, stężenie metabolitów krwi, poziom tlenu, czy nawet ciśnienie krwi.


W przypadku pomiarów z pasa piersiowego mamy do czynienia z danymi wyświetlanymi w czasie rzeczywistym. W wypadku pomiarów optycznych jest to informacja, która zostaje oszacowana w oparciu o wiele danych wsadowych. Oczywiście obliczenia wykonywane są w ułamku sekundy, niemniej nie są to dane bezpośrednie, a do uzyskania pożądanego wyniku wymagane jest przeprowadzenie skomplikowanych analiz. To powoduje, że samo urządzenie musi być bardziej wydajne, żeby poradzić sobie z przetworzeniem znaczących ilości danych. To oczywiście ma bezpośredni wpływ na wyższą cenę sprzętu.

źródło: garmin.com

Pomimo większego skomplikowania urządzenia w porównani z tradycyjnym pasem piersiowym, wydawać by się mogło, że czujniki optyczne są opcją zdecydowanie lepszą, zapewniają nam przecież dużo więcej danych. To w zasadzie prawda, ale nie do końca, bo jak to często w życiu bywa sytuacja nie jest taka jednoznaczna. Gdzie zatem tkwi problem?

Główne problemy technologii optycznego pomiaru tętna

  1. Szum optyczny - chodzi o jakość pozyskiwanych danych. Pierwotne dane zawierają bardzo dużo "śmieciowych" informacji. Żeby uzyskać konkretny wynik niezbędna jest szczegółowa filtracja zebranych danych. Specjaliści szacują, że jedynie 1/1000 odbieranego światła przez czujnik zawiera poszukiwane informacje. Reszta odebranych sygnałów to światło odbite, które nie jest wykorzystywane do analizy.
  2. Odcień skóry - kolor ludzkiej skóry może przybierać różnorodną gamę odcieni, a różne odcienie skóry inaczej absorbują światło. Na przykład ciemniejsza skóra pochłania więcej zielonego światła, co stanowi problem, ponieważ większość OHRM używa zielonych diod LED jako emiterów światła, ograniczając ich zdolność do dokładnego pomiaru tętna przez ciemną skórę. Dlatego producenci stosują często różnokolorowe diody LED. Problemem są również tatuaże, które także mogą zafałszować wyniki tętna.
  3. Problemy z interpretacją danych - przykładowo częstotliwość kroków (kadencja) często mieści się w tym samym zakresie co bicie serca (140-180 uderzeń/kroków na minutę). Algorytmom niestety zdarza się "pomylić" kadencję z częstością pracy serca.
  4. Lokalizacja czujnika - okazuje się, że nadgarstek to jedno z najgorszych miejsc do dokładnego monitorowania naszego tętna. Pod względem jakości zbieranych danych dużo lepszym miejscem do pomiaru jest np. przedramię ze względu na większą gęstość naczyń krwionośnych. Najlepiej byłoby jednak umieszczać optyczne czujniki tętna na czole lub uchu.
Tyle o problemach, teraz sprawdźmy co takie czujniki mogą nam zaoferować. Wysokiej jakości czujniki optyczne mogą nam zapewnić bardzo bogate dane biometryczne możemy do nich zaliczyć:
  • częstotliwość oddechów
  • VO₂ max
  • saturację - czyli poziom tlenu we krwi
  • zmienność rytmu serca
  • ciśnienie krwi
  • efektywność pracy serca

Kiedy najlepiej sprawdzi się OHRM?

Czujniki optyczne dobrze sprawdzają się podczas rejestracji treningów ze stałą intensywnością. Jeżeli więc planujesz zwykłe rozbieganie OHRM sprawdzi się idealnie. Podobnie ma się sytuacja przy długich sesjach, które najczęściej pokonujemy w podobnym tempie i ze stałą intensywnością. Wówczas optyczny czujnik tętna sprawdzi się tak samo dobrze jak pas piersiowy.

Jeżeli jednak planujesz intensywną sesję interwałową i zależy Ci na bardzo dokładnych danych, zabierz lepiej pas piersiowy. Szybkie zmiany intensywności podczas treningów mogą okazać się dla czujników optycznych sporym wyzwaniem. Częstym problemem jest np. błędne zarejestrowanie pierwszego odcinka interwału.

Swego czasu ciekawe badanie przeprowadziła firma Polar, gdzie porównano trzy różne sprzęty do pomiaru tętna, były to:
  • pas piersiowy Polar H10
  • optyczny czujnik tętna OH1 umieszczany na ramieniu oraz
  • optyczny czujnik tętna wbudowany w zegarek
Za standard uznano wskazania pasa piersiowego Polar H10, który cechuje się bardzo dużą dokładnością. Okazało się, że optyczny czujnik tętna OH1, który umieszcza się wysoko na ramieniu, zanotował w całym teście odchylenia pomiarowe rzędu 1% względem swojego piersiowego odpowiednika. Optyczny czujnik tętna wbudowany w zegarek przy niskich intensywnościach wykazywał podobną dokładność (błędy w granicach 1%). Jednak przy sesjach o dużej intensywności i zmienności wysiłku (gra w unihokeja) błędy w pomiarze sięgały już 13%.

źródło: polar.com

Optyczne czujniki tętna nie najlepiej sprawdzą się również podczas jazdy na rowerze. Jak pisałem wyżej czujniki do wyświetlania tętna analizują również dane z akcelerometru, a podczas jazdy na rowerze drgania z kierownicy mogą generować dodatkowy szum informacyjny, który może wpłynąć negatywnie na jakość uzyskiwanych danych.

Podobnie sytuacja wygląda przy ćwiczeniach na siłowni, czy treningu Crossfit. Dźwiganie ciężarów zmienia sposób przepływu krwi w ramionach, co również może mieć wpływ na poprawność wyników.

Niektóre osoby nie czują się komfortowo podczas korzystania z pasa piersiowego. Dotyczy to często kobiet, które mogą czuć wzmożony dyskomfort podczas noszenia pasa piersiowego w połączeniu ze stanikiem sportowym. Wówczas poświęcenie pewnej precyzji danych kosztem wyższego komfortu staje się uzasadnione.

Czy zatem warto interesować się czujnikami optycznymi?

Początkowo optyczne czujniki tętna miały złą prasę. Te złe opinie nie były wyssane z palca, ale technologia ta na przestrzeni lat ciągle się rozwija. Czy dzisiaj warto zainteresować się optycznymi czujnikami tętna? Moim zdaniem, zdecydowanie tak. Po pierwsze należy pamiętać, że czujnik, czujnikowi nie równy. Montowane w topowych zegarkach Garmina, Polara, czy Suunto nijak się mają do tych zainstalowanych w opaskach za kilkaset złotych. Po drugie, podczas większości treningów biegowych czujniki optyczne sprawdzają się bardzo dobrze. Oczywiście ciągle zdarzają się pomyłki, ale coraz częściej te różnice dla większości osób mogą okazać się nieistotne.

Wskazówki dotyczące korzystania z optycznego czujnika tętna

Głównym czynnikiem mającym wpływ na dokładność pomiarów, jest sposób noszenia zegarka. Warto zastosować się do kilku podstawowych rad:
  • zegarek nie powinien być zapięty zbyt luźno, musi dobrze przylegać do ręki;
  • zegarek nie powinien być zapięty zbyt ciasno, może to spowodować ograniczenia w przepływie krwi;
  • kluczowe jest noszenie zegarka jak najwyżej nad nadgarstkiem, na czas treningu warto umieścić zegarek wyżej niż podczas normalnego użytkowania (w odległości równej szerokości 2 palców nad kością nadgarstkową), zapewni to nam większą dokładność wyników;

To byłoby na tyle jeżeli chodzi o temat monitoringu pracy serca. Zainteresowani mogą również zapoznać się z tekstem o pasach piersiowych. Technologia technologią, przede wszystkim życzę Wam udanych treningów 🙂


Źródła:
https://valencell.com/blog/2015/10/optical-heart-rate-monitoring-what-you-need-to-know/
https://www.polar.com/blog/optical-heart-rate-monitoring-polar-precision-prime/
https://www.suunto.com/pl-pl/Content-pages/co-naley-wiedzie-o-nadgarstkowym-pomiarze-ttna/

Reebok Forever Floatride Energy 2.0 - test

Dawno nie było o butach. Nie znaczy to, że nie było o czym pisać, dlatego teraz będzie tego więcej. Na początek przyjrzymy się świeżej propozycji od firmy Reebok, czyli nowym Forever Floatride Energy 2.0. Co się zmieniło względem poprzednika i czy warto się nimi zainteresować? Zapraszam do zapoznania się z recenzją.

Dlaczego biegamy?

Ciekawe wieści doszły ze Stravy. Twórcy popularnej aplikacji do monitoringu i zarządzania treningami podzielili się z nami wynikami badań przeprowadzonych na biegaczach. Próba jest konkretna, bo w ankiecie wzięło udział ponad 25 tys. osób. Niektóre odpowiedzi zaskakują i jednocześnie dają do myślenia. Zatem, Why We Run?

VII ultraMaraton Bieszczadzki - relacja z zawodów

Zapraszam na relację ze startu w VII Hyundai ultraMaratonie Bieszczadzki 90 km. Podczas tego biegu działo się tyle, że jego historiami mógłbym obdzielić kilka startów. Był to bieg wzlotów i upadków, trafnych decyzji i kuriozalnych pomyłek. Oj działo się w tych Bieszczadach.


Mam sentyment do Ultramaratonu Bieszczadzkiego. W 2015 r. była to moja pierwsza impreza biegowa, w której wystartowałem w pełni świadom co mnie czeka. Po trudach i znojach przeżytych na Biegu Rzeźnika postanowiłem udowodnić sobie, że mogę biegać w górach, dodatkowo nie umierając przy tym z wysiłku. Los jednak nie specjalnie mi sprzyjał i od 2015 roku nijak nie byłem w stanie pojawić się jesienią w Bieszczadach. Przełom nastąpił w 2019 roku, ale niewiele brakowało, bym i tym razem, z powodu kontuzji, "obszedł się smakiem".

Na bieg zapisałem się wczesną wiosną, dystans oczywiście najdłuższy, czyli 90 km. Miał to być w końcu start sezonu, a nie jakieś tam marne wybieganie na 50 km 😉. Po wiosennym maratonie przyszła jednak "kryska na Matyska". Kontuzja mięśnia okazała się poważniejsza niż początkowo zakładałem. Szczęśliwie jednak sytuację udało się opanować na tyle szybko, żeby zrealizować kilkutygodniowy okres przygotowawczy.

Do Cisnej przyjechaliśmy w rozszerzonym składzie, bo Agnieszkę w supportowaniu wspierał również mój brat Mariusz. Plan na bieg zakładał, żeby pobiec mądrze, czyli na tyle ile organizm i zdrowie pozwoli. Wiedziałem (za sprawą Agnieszki), że obsada biegu będzie mocna. Nie miałem więc żadnych założeń co do miejsca, chciałem jedynie pobiec najlepiej jak tylko potrafię.


Trasa biegu wiodła przez 90 kilometrów bieszczadzkich dróg i szlaków, a sumę podbiegów oszacowano na niespełna 4 tys. metrów. Organizatorzy przygotowali pięć punktów kontrolnych: Roztoki I (15 km), Solinka (28 km), Roztoki II (41 km), Wetlina (59 km), Smerek (72 km). Jak się okazało tuż przed biegiem, punkt w Solince był niedostępny dla kibiców, więc i support nie mógł tam dojechać. Teoretycznie nie był to problem, ale jak się później okazało były z tego powodu przykre konsekwencje. Start biegu zaplanowano na godzinę 24. Lubię biegać w nocy, dlatego z ekscytacją wyczekiwałem startu. Pierwsze 12 kilometrów trasy wiodło przez mało ekscytujące, szutrowe lub asfaltowe odcinki dróg. Wymyśliłem sobie, że na ten odcinek zabiorę małą czołówkę, a na punkcie w Roztokach wezmę mocarną Zebrę (Zebra Light przy. red.). Moc jej światła byłaby pewnie w stanie przepędzić nawet Barloga z Władcy Pierścieni. Ale po co "dźwigać" Zebrę na pierwszym odcinku trasy? Jak pomyślałem tak zrobiłem, o swoim świetnym uniku zapomniałem tylko opowiedzieć mojemu zespołowi wsparcia.

Równo o północy padł strzał i 172 osobowa zgraja ruszyła z Cisnej trasą najdłuższego biegu VII ultraMaratonu Bieszczadzkiego. Notorycznie wpatrywałem się w tarczę zegarka, żeby przypadkiem nie rozpędzić się za bardzo, o co nigdy nie jest trudno. Biegłem w komfortowym tempie, a w myślach krążyło mi ciągle pytanie: "ciekawie jak to będzie o wschodzie słońca". W Roztokach zameldowałem się po niecałej godzinie i 10 minutach od startu. Dostałem dwa ekstra żele w garść, bo potwierdziło się, że do Solinki mój support nie dojedzie. Na punkcie w zasadzie się nie zatrzymywałem i pogrzałem dalej. Trasa powoli zaczęła się wznosić, ale jeszcze nie na tyle żeby rezygnować z biegu. Wtedy właśnie na którymś z zakrętów uświadomiłem sobie, że nie wymieniłem czołówki!


Było już jednak za daleko żeby wracać, a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Zemląłem w ustach przekleństwo i pobiegłem dalej. Chwilę później skończył się asfalt i zaczęło się pierwsze poważne podejście pod Rypi Wierch. Dobrze pamiętałem to miejsce z wrześniowego rekonesansu. Kilometr dalej, można już było się rozpędzić. Trasa wiodła szczytem pasma, czasami było więc do góry, a czasami trochę w dół. Właśnie na jednym z takich krótkich zbiegów wyrżnąłem orła! Czołówka spadła mi z głowy, prawdopodobnie w coś uderzając, bo nagle przestała świecić tylko zaczęła lekko się żarzyć. Otrzeźwiałem momentalnie. Próbowałem przełączyć tryby, ale działało tylko najmniejsze podświetlenie. Takie którego używa się w nocy w schronisku, kiedy idziesz na siusiu i nie chcesz budzić śpiących towarzyszy. Sytuacja zatem nie wyglądała różowo, bo oczywiście zapasowej czołówki nie miałem. Trzymając w ręku lampkę na wysokości kolana zacząłem truchtać. W międzyczasie dogonił mnie ktoś z tyłu, przepuściłem grzecznie kolegę i zaraz za nim ruszyłem do biegu, korzystając z jego światła. Przebiegłem tak kilka kilometrów, ale trudno mi było kontynuować bieg w taki sposób. Mój mózg zużywał chyba za dużo energii przy próbie zapamiętywania szczegółów trasy na kilkanaście metrów do przodu. Wróciłem więc do pozycji zgarbionego grzybiarza i z lampką przy kolanie dobiegłem do punktu w Solince (28 km). To był właśnie ten punkt niedostępny dla supportu, którego w tym momencie najbardziej potrzebowałem.

Przez kolejnych kilka kilometrów trasa wiodła szutrową drogą, którą wyraźnie oświetlało światło księżyca, mogłem więc w miarę komfortowo biec, nie używając swojego światełka. Dalej zaczynało się podejście na Hyrlatą. Postanowiłem poczekać na wcześniej miniętych jegomościów. Wbiłem się pomiędzy nich. Zaczęliśmy rozmawiać i jak się okazało jeden z nich posiadał zapasową czołówkę, którą szybko mi wręczył. Zastrzegł jednak, że dłużej niż półtorej godziny pewnie nie wytrzyma, ale dla mnie było to jak przesiadka z Malucha do Poloneza. Światło w czołówce faktycznie po godzinie zaczęło słabnąć. Kiedy do punktu w Roztokach brakowało mi niespełna 2 kilometry, moje czołówki ledwo już się żarzyły. Konsekwencją tego było kilkukrotne zgubienie trasy i konieczność nadrabiania niepotrzebnych metrów. Tuż przed samym punktem zaliczyłem jeszcze błotną kałużę, zanurzając się w brei do połowy łydki.


Trochę więc trwało nim w Roztokach udało mi się ściągnąć zabłocone buciory i zmienić je na nowe. Kilka minut później byłem ponownie na trasie. Na głowie miałem "Zebrę", a drogę oświetlało mi kilkaset lumenów! Idę o zakład, że gdyby ktokolwiek jechał wówczas z drugiej strony pewnie migałby światłami żebym wyłączył "długie" 😉. Zabawa jednak nie trwał długo, bo zaczęło się podejście, a wraz z nim pojawiły się mgły. Po kilkuset metrach było już tak gęsto, że musiałem zredukować światło. Chmury dodatkowo gęstniały z każdą minutą, widoczność czasami sięgała kilku metrów. Nawet jak zaczynał się płaski odcinek to nie wiadomo było gdzie dokładnie jest droga. Niejednokrotnie lądowałem w krzaczorach, bo nie byłem w stanie na czas dojrzeć jakiegoś zakrętu. Szarfy zaś, które miały wskazywać drogę pojawiały się nagle, wyłaniając się zza gęstej mgły niczym duchy. Było to zarazem męczące i frustrujące jednocześnie. Zwłaszcza kiedy na zbiegach moje tempo oscylowało w granicach 6 min/km. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że w Wetlinie kończę tę zabawę, bo ewidentnie przestawało mi się to podobać.


Sytuacja poprawiła się jednak z nadejściem świtu. Zbiegałem wówczas do Wetliny dobrze znanym mi szlakiem. Marzyłem o zupie! Było mi zimno, a ja przez te mgły zapomniałem o regularnym odżywianiu. Okazało się, że na punkcie zupy jeszcze nie ma. Wziąłem więc żele i ruszyłem dalej. A dalej był Smerek, ale wcześniej podejście na niego. Wtedy nieoczekiwanie przyszedł kryzys, straciłem moc. Nie było mowy o podbieganiu, powoli wlokłem się na górę. Gdy w końcu wyszedłem z lasu przeszył mnie lodowaty wiatr i już wtedy wiedziałem, że tam wysoko nie będzie milutko. Na grani wiało już tak, że gdy tylko próbowałem biec traciłem równowagę. Po kilku próbach dałem sobie spokój i ostatecznie prawie cały odcinek połoniny przeszedłem. Zacząłem biec dopiero na zbiegu, nogi po cichu "krzyczały" że mają już dość, ale postanowiłem, że nie będę z nimi gadać.


Tuż przez punktem odżywczym w Smereku (72 km) organizator zapewnił nam nie lada atrakcje. Mieliśmy do pokonania ponad kilometrowy odcinek starymi torami kolejowymi, dla rozruszania nóg zapewne. Taki skip A przez ponad kilometr, a jak nie trafisz pomiędzy śliskie, drewniane belki, orzełek w gratisie. Oj poleciały przekleństwa razy kilka. Na punkcie w Smereku była za to zupa, a dokładnie rosół. Ten z kolei był tak gorący, że musiałem rozcieńczać go zimną mineralką. Zadziałał on jednak jak sok z gumijagód, bo z werwą wróciłem na trasę biegu. Do tego momentu nie zaprzątałem sobie głowy pozycją na trasie. Był to jednak najwyższy czas żeby dokładnie wypytać o konkurentów. Do Smereka przybiegłem na 5 pozycji, do kolejnego zawodnika miałem raptem kilkaset metrów straty. Do kolejnych biegaczy strata była duża. Jedyne co mnie martwiło to drżenie mięśni czworogłowych, które zapowiadały nadchodzące skurcze,a do mety pozostawało ciągle 18 kilometrów.

Krzyśka dogoniłem na pierwszym podejściu za Smerekiem. Widzieliśmy się już na podejściu na Połoninę Wetlińską, on wówczas tryskał energią, a ja ledwo powłóczyłem nogami, uciekł mi wtedy wyraźnie. Teraz role się odwróciły. Trochę pogadaliśmy, ale po chwili dziarsko ruszyłem do góry, bo jak najszybciej chciałem uciec mu z pola widzenia. Gdy dotarłem na Fereczatą wiedziałem, że przyszedł czas by mocniej zapracować. Do mety pozostało już tylko kilka kilometrów. Dalej trasa "dziewięćdziesiątki" łączyła się z krótszymi biegami. Zmotywowało mnie to do utrzymania tempa, zacząłem "łapać" kolejnych zawodników. Taka zabawa, żeby nie myśleć o pozostałych kilometrach 😉.


Im bliżej było do Cisnej, tym chyba biegłem szybciej, nie mogłem doczekać się końca. Ostatecznie, przy dużym aplauzie kibiców, dotarłem do mety na 4-tej pozycji z czasem 10h 34m 22s. Do czołowej trójki straciłem... bardzo dużo, ale i tak byłem zadowolony z tego co udało mi się osiągnąć. Popełnione błędy na trasie dają poczucie niedosytu i zmarnowanego potencjału. Pomimo tego zauważam wyraźny progres formy sportowej, co najbardziej mnie cieszy. Osobiście uważam, że był to mój najlepszy start w całej historii moich biegów górskich. Oczywiście podium bardziej przemawia do wyobraźni, ale nie dajcie się zwieść błyskotkom 😉.


Na koniec nie mogę rzecz jasna nie wspomnieć o swoim supporcie. Jestem niemal pewny, że większość moich większych i mniejszych sukcesów wynika z posiadania wokół siebie tak oddanych mi ludzi. O ich zaangażowaniu niech świadczy tekst Adama, który po biegu, widząc całą naszą ekipę stwierdził: "Z waszej trójki Arek wygląda z Was zdecydowanie najlepiej".


Zapisz się i bądź na bieżąco!

Copyright © Rock&Run | Powered by Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com