O wspinaniu, bieganiu i podróżowaniu po świecie

Suunto 9 Peak Pro - pierwsze wrażenia

Suunto 9 Peak Pro to nowa/stara propozycja od Finów na ten rok. Na pierwszy rzut oka to taki sam zegarek jak poprzednia wersja, ale to tylko jedna strona medalu, bo o ile na zewnątrz nie zmieniło się prawie nic, to w środku zmieniło się prawie wszystko. Zapraszam do zapoznania się z materiałem.



Nim jednak przejdziemy do recenzji chciałbym standardowo poinformować, że nie jest to tekst sponsorowany. Sprzęt do testów został zakupiony przeze mnie z własnych środków.

W tym tekście skupię się na nowościach, a jeżeli szukasz podstawowych informacji to odsyłam Cię do zapoznania się z wcześniejszą recenzją Suunto 9 Peak, tego bez "Pro" 😉.

Zmiany względem Suunto 9 Peak:
  • nowy, mocniejszy procesor wraz ze specjalnym procesorem graficznym,
  • nowy interfejs użytkownika,
  • nowy chipset GNSS Sony, który jest w stanie pobierać dane jednocześnie z 4 systemów (GPS/QZSS/Galileo/Beidou/GLONASS) i do 32 satelitów jednocześnie,
  • nowy moduł czujnika tętna LifeQ,
  • dodano siłę biegu szacowaną bezpośrednio z nadgarstka,
  • jest możliwość dostosowywania widżetów zegarka,
  • dodano nowy tryb do śledzenia płytkiego nurkowania do 10 m,
  • dodano więcej przewodników SuuntoPlus (mini-aplikacji),
  • możliwość dodawania segmentów Strava Live (aktualizacja w listopadzie),
  • zwiększono wytrzymałość do wojskowego standardu MIL-STD-810,
  • zwiększono żywotność baterii z 26 do 40 godz. dla wysokiej dokładności GNSS oraz 70 godz. dla trybu "wytrzymałościowego",
  • poprawiono szybkie ładowanie, teraz już 10 min pod ładowarką umożliwi nam 10 h treningu.



Chcąc być bardziej precyzyjnym należy wspomnieć, że Suunto 9 Peak Pro zyskał też normę wytrzymałości wojskowego standardu MIL-STD-810. Względem wcześniejszego modelu jest również odrobinę grubszy: 10,6 mm vs. 10,8 mm. Ciągle jednak mamy kopertę z możliwością wymiany standardowych 22 milimetrowych pasków. Suunto 9 Peak Pro, podobnie jak wcześniejsza wersja, jest wodoodporny do 100 m głębokości. Nowy model zyskał też możliwość pomiaru głębokości do 10 m, co może być miłą niespodzianką dla wszystkich fanów nurkowania z rurką.

Suunto 9 Peak w wersji "Pro" został wyposażony w nowy, mocniejszy procesor, który wspierany jest przez dodatkowy układ graficzny. Tym samym Suunto wyeliminowało, moim zdaniem, największą wadę modelu bez "Pro", czyli super powolny i lagujący interfejs użytkownika. Nowy model jest znacznie szybszy i działa płynniej od poprzednika. Nie znaczy to jednak, że działa wzorowo. Ciągle zdarzają się przycięcia interfejsu, w momencie przełączania ekranów. Najgorzej jest przy otwieraniu ekranu z powiadomieniami z telefonu, tutaj "przycięcia" interfejsu pojawiają się za każdym razem. SUUNTO ZRÓB TO W KOŃCU DOBRZE!!!

Mając do dyspozycji więcej mocy obliczeniowej firma postanowiła również odświeżyć wygląd oprogramowania zegarka. Stylistycznie nawiązuje ono mocno do wcześniejszej wersji, ale pewne jego elementy zostały zmienione, jak np. ikonki aktywności, które zadebiutowały już kilka miesięcy wcześniej w aplikacji mobilnej.
Czy jest ładniej? Mam co do tego mieszane odczucia, na pewno jest inaczej 😉. Interfejs w wielu miejscach jest czarno-biały (np. w Ustawieniach), a to sprawia, że przy długiej liście opcji poszczególne elementy zlewają się ze sobą. Sprawia to, że obsługa trwa dłużej, bo musimy skupić się na dokładnym wczytaniu się w listę ustawień - moim zdaniem to krok w tył. Inna rzecz na którą liczyłem, a której się nie doczekaliśmy to "przewijalne" listy. Niestety ciągle, gdy dojedziemy do końca listy ta nie przeskakuje do pierwszej pozycji. Jest to dla mnie totalnie niezrozumiałe.



Zmiany wizualne to jedno, ale zmienił się również układ menu, co wymaga szerszego omówienia. Sprzętowo nic się nie zmieniło, zegarek obsługujemy trzema, dobrze klikalnymi przyciskami po prawej stronie. Do dyspozycji mamy również ekran dotykowy, który zdaje się, że działa teraz jeszcze płynniej. Przeorganizowano natomiast rozłożenie widgetów, sesji treningowych czy funkcji. Teraz zaczynając od tarczy zegara przesunięcia prawo/lewo spowoduje przełączanie pomiędzy widgetami, a tych mamy do dyspozycji aż 12. Co jednak istotne, listę dostępnych widżetów możemy modyfikować i jeżeli zechcemy któryś z nich wyłączyć możemy to zrobić w ustawieniach aplikacji Suunto. Poniżej lista dostępnych widżetów.



Klikając środkowy przycisk, zaczynając z ekranu zegara, będziemy przełączać się pomiędzy kolejnymi widgetami. Do nawigacji możemy też wykorzystać dotyk, przesuwając po tarczy zegarka w kierunku prawo/lewo.


W orientacji pionowej mamy natomiast usytuowane: ćwiczenia (góra) oraz opcje i ustawienia (dół).  Listę aktywności wyświetlamy klikając przycisk górny, gdzie do dyspozycji mamy ponad 95 trybów sportowych. 
Przyciskiem dolnym przechodzimy zaś do listy dostępnych opcji i ustawień. Odpowiednio będą to: Nawigacja, Dziennik, Sterowanie multimediami, Stoper, Alarm, Nie przeszkadzać, Podświetlenie, Ekran zegarka oraz Ustawienia.



Nowe menu to niejedyne zmiany w oprogramowaniu zegarka. Odświeżeniu uległ cały interfejs graficzny systemu. Mamy nowe grafiki i czcionki, które według zapewnień firmy mają wpłynąć na poprawę widoczności. Rzeczywiście względem zwykłego Suunto 9 Peak, model z "Pro" wypada lepiej pod tym kątem, ale ciągle nie jest to jakiś wybitny poziom. W porównaniu z konkurencją Suunto 9 Peak Pro ciągle ma nieco "blady" wyświetlacz. Wydaje mi się, że głównym powodem tego stanu rzeczy jest większe oddalenie wyświetlacza od szkiełka.



Jeżeli jesteśmy już przy wyświetlaczu to nie sposób nie odnieść się do ramki. Tak, ciągle jest duża, podobnie jak w modelu wcześniejszym. Niemniej nie rozumiem tej całej krytyki i bicia piany w mediach przez osoby recenzujące ten sprzęt. Na pierwszy rzut oka można faktycznie odnieść wrażenie, że ramka jest większa niż w konkurencyjnych konstrukcjach, ale w rzeczywistości nie jest to prawdą. Coros Apex Pro ma tę ramkę nawet większą. Różnica jest taka, że inżynierowie z Suunto nie zdecydowali się umieścić na tej ramce żadnych graficznych elementów. Do tego dochodzi pionowa krawędź koperty. Jedyne, co można mieć im za złe to fakt, że nie próbowali w jakiś sposób ukryć tych ramek. Osobiście jestem jednak zdania, że Suunto 9 Peak Pro to jeden z najładniejszych zegarków dostępnych na rynku.




Nowy chipset GNSS

Suunto 9 Peak Pro wyposażono w nowy chipset GNSS od Sony, który jest w stanie odbierać informacje ze wszystkich systemów nawigacyjnych jednocześnie. Należy jednak wspomnieć, że ciągle nie jest to model obsługujący sygnał wielozakresowy. O dokładności tego sprzętu napiszę w osobnym tekście, teraz jedynie wspomnę, że poprawa względem poprzedniego modelu jest zauważalna.

Jeżeli jesteśmy przy GNSS to warto wspomnieć o dostępnych trybach. Od teraz, nie wybierzemy w ustawieniach, z jakich systemów GNSS chcemy korzystać. W standardzie włączone mamy wszystkie (!), a dokładność rejestrowania danych możemy ograniczyć wyłącznie poprzez zmianę trybu baterii z "Osiągi" na "Wytrzymałość" lub "Wycieczkę". Osobiście popieram takie podejście. W 99,9% przypadków chcę mieć jak najdokładniejsze dane z moich treningów. Jedynie na pieszych wycieczkach używałem innych, mniej dokładnych trybów rejestracji danych. To można zaś zrobić jednym kliknięciem bez konieczności wchodzenia do ustawień nawigacji. Jedyny moment kiedy manipulowałem ustawieniami był to czas kiedy... testowałem zegarek :)

Opcja "All systems on" wpływa oczywiście na większe zużycie energii niż korzystanie wyłącznie w oparciu o system GPS. Warto o tym pamiętać, kiedy porównujemy ten sprzęt z innymi zegarkami konkurencji. Dobrym przykładem będzie porównanie z Corosem Apex Pro 2. Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że różnica w żywotności baterii pomiędzy tymi zegarkami jest bardzo duża. W rzeczywistości zaś sprawy mają się nieco inaczej:




Tym oto sposobem przeszliśmy płynnie do tematu Baterii.

Suunto nie podaje informacji nt. zastosowanego akumulatora, ale ogniwo w nowym modelu jest wyraźnie lepsze niż w starszym Suunto 9 Peak. Odnoszę wrażenie, że jest to trochę przemilczany temat w komunikacji, a szkoda, bo Suunto ma się czym chwalić. Żywotność baterii wzrosła do 40 godzin, co w trybie widoczności wszystkich systemów GNSS jest świetnym wynikiem. Coros w nowej odsłonie Apex Pro 2, co prawda deklaruje pracę przez 45 godzin, jednak w porównaniu z 9 Peak Pro jest to urządzenie wyraźnie grubsze (14 mm vs. 10,8 mm), a to już wyraźnie odczujemy na nadgarstku. W mojej opinii te 5 godzin ekstra nie jest warte tych dodatkowych milimetrów.


Szybkie ładowanie

Szybkie ładowanie jest... naprawdę szybkie! Śmiem twierdzić, że w tej kategorii Sunnto jest rynkowym liderem. W tym momencie problem ładowania zegarka w zasadzie nie istnieje. Nie musimy myśleć o naładowaniu sprzętu przed treningiem. Wystarczy raptem kilka minut pod kablem i możemy iść na długie kilkugodzinne wybieganie (!).

W trybie smartwach bateria powinna nam wystarczyć na 21 dni. Dla porównania, bateria w starszej wersji tj. Suunto 9 Peak wystarczała na ok. 7 dni zwykłego użytkowania. Mówimy tutaj zatem o wyraźnym progresie. 

Problem z tego typu ogniwami jest natomiast taki, że bardzo trudno się je testuje. Mówiąc konkretniej, potrzeba długiego czasu, żeby dokładnie prześledzić jak akumulator zachowuje się na jednym cyklu ładowania. Dlatego pozwolę sobie ten temat zaktualizować w przyszłości, a teraz wspomnę tylko, że ogniwo w Suunto 9 Peak Pro zdaje się pracować w sposób bardzo bliski deklaracjom producenta.


Nowy czujnik tętna

Suunto 9 Peak Pro wyposażono w nowy moduł czujnika tętna LifeQ. Już we wcześniejszej wersji zegarka optyczny czujnik działał częściowo bardzo dobrze. Dlaczego "częściowo"? Bo o ile nie małem większych uwag co do pomiaru tętna, to już pomiar tlenu we krwi był bardzo słaby. Niestety niewiele się w tej materii się zmieniło. Pomiar O2 to nadal loteria, trwa nieprzyzwoicie długo i wcale nie jest powiedziane, że po minucie oczekiwania dostaniecie konkretny wynik. Mi najczęściej pojawia się komunikat: "Nie udało się zmierzyć tlenu we krwi". To jest naprawdę dziwne, bo jak wspomniałem wyżej, pomiar tętna wygląda bardzo dobrze. 

O dokładności czujnika tętna będzie jeszcze osobny wpis. Jeżeli chodzi o sposób działania nic się nie zmieniło. W trybie sportowym odczyt następuje co 1 sek., natomiast w trakcie dnia zegarek wykonuje pomiary tętna w 10 minutowych odstępach. Nie ma możliwości zmiany tych ustawień.




Moc biegowa

Suunto dołącza do innych producentów i od teraz umożliwia określenie mocy biegowej "bezpośrednio z nadgarstka". Problem z mocą biegową jest taki, że na ten moment, nie ma opracowanego standardu pomiaru. Dlatego każda firma robi to trochę na swój sposób, stąd trudno jest o jakieś sensowne pomiary. Część producentów (w tym Suunto) dostosowuje się do metodyki pomiaru Stryd (podobnie robi to Coros i Apple), podczas gdy inni producenci (Polar, Garmin) opracowali inne algorytmy. Oczywiście zegarek ciągle obsługuje moduły zewnętrzne i kiedy wykryje on połączenie z dedykowanym czujnikiem dane będą pobierane z kapsułki, a nie szacowane za pomocą zegarka.


SuuntoPlus

SuuntoPlus to platforma programistyczna, która umożliwia tworzenie dodatkowych aplikacji, czy przewodników treningowych, które możemy dodać przed rozpoczęciem konkretnego treningu. Rozszerzają one możliwości naszego sprzętu. SuuntoPlus dostępne jest już od ponad roku, platforma ciągle się rozwija i dodawane są do niej nowe aplikacje i rozszerzenia. Między innymi SuuntoPlus Guide, czyli aplikacja do tworzenia treningów strukturalnych, o której więcej pisałem TUTAJ

Problem z SuuntoPlus mam taki, że wiele z aplikacji, które są tam dostępne, moim zdaniem, powinny być natywnie dostępne w oprogramowaniu zegarka np. alert odżywiania. Głównie ze względu na fakt, że obecnie możemy włączyć tylko JEDNĄ aplikację. Wcześniej ograniczeniem był brak wystarczającej mocy obliczeniowej. Mam nadzieję, że to się zmieni teraz, kiedy Suunto 9 Peak Pro dostał nowy mocniejszy procesor. W obecnej formie użyteczność SuuntoPlus jest bardzo ograniczona.


Segmenty Strava

Zapowiadane wprowadzenie segmentów Strava Live ciągle pozostaje na liście do wdrożenia. Niestety w związku z pojawieniem się jakiś problemów, funkcja ta pozostaje niedostępna. Suunto pracuje nad rozwiązaniem wykrytych błędów i póki co, niestety musimy obejść się smakiem. Zaktualizuję ten wpis, kiedy opcja ta zostanie udostępniona.


Zrównoważony rozwój

Suunto to firma, którą cechuje duża świadomość ekologiczna. Od lat pracują nad tym, żeby zminimalizować swój udział negatywnego wpływu na środowisko, który wynika z prowadzonej działalności. Cała fabryka i centrala firmy, które znajdują się w Finlandii, używają energii pochodzącej w 100% ze źródeł odnawialnych. Wszystko to sprawia, że ślad węglowy zegarka Suunto 9 Peak Pro - w całym cyklu użytkowania wynosi zaledwie: 7,49 kg CO2e. Jak możemy przeczytać na stronie producenta:

Suunto 9 Peak Pro powoduje emisję 7,49 kg CO2e przez cały okres użytkowania, od wytworzenia po utylizację. Obejmuje to wszystkie materiały i cała energie użytą do wytworzenia produktu (wydobycie surowców, komponenty, paski do zegarka i opakowanie) wraz z innymi znaczącymi źródłami emisji, takimi jak transport, eksploatacja i recykling. Emisja wynosząca 7,49 kg CO2e równa sięe przykładowo przejechaniu 44 kilometrów samochodem z silnikiem spalinowym*. Jednostkami Verified Carbon Units w pełni kompensujemy emisje powstałą przez cały cykl eksploatacji zegarka Suunto 9 Peak Pro.

Do tej pory nie spotkałem się z tak dojrzałym i odpowiedzialnym podejściem do biznesu. Mam nadzieję, że konkurencja pójdzie śladem Finów w tym aspekcie, wszystkim wyszłoby to na dobre.




Podsumowanie

Suunto 9 Peak Pro to bardzo fajny zegarek, który naprawia największe niedociągnięcia swojego poprzednika. Pomimo tego, że sprzęt nie zmienił się z zewnątrz to udoskonalenia względem pierwszego Peak'a są zasadnicze. Cieszy również fakt, że wersja "Pro" debiutuje na naszym rynku w cenie niższej niż miało to miejsce w wypadku Suunto 9 Peak. W obecnych czasach jest to wydarzenie wręcz niebywałe. Jednocześnie trudno mi nie myśleć o tym sprzęcie jako o zegarku, który powinien był pojawić się rok wcześniej. Gdyby w takiej wersji zadebiutował standardowy 9 Peak, Suunto byłoby w zupełnie innym miejscu. Finowie ciągle gonią konkurencje, przez co na pewno trudno jest im rywalizować na rynku zegarków sportowych. Jednocześnie podoba mi się obrany kierunek rozwoju marki i mam nadzieję, że utrzymają taki kurs.
Suunto ma jasno określone cele długoterminowe i konsekwentnie trzyma się założonego kursu. Jednocześnie nie jest to firma z takim potencjałem jak Garmin, więc nie ma co liczyć na to, że nagle zaczną wydawać kilka modeli w ciągu jednego roku. Jednocześnie wypuszczany sprzęt i oprogramowanie jest najczęściej bardzo dopracowane, czasami mniej znaczy więcej 😉.
W połączeniu ze świetną aplikacją mobilną, najnowsza propozycja Suunto jest naprawdę godna uwagi.


 

Suunto App - treningi strukturalne

Po latach oczekiwania w końcu mamy TO! Treningi strukturalne zawitały do aplikacji Suunto. Jak to działa w praktyce i czy warto było czekać tyle czasu na tę funkcjonalność? O tym i nie tylko w niniejszym wpisie, zapraszam.


Z początkiem września Finowie zaktualizowali aplikacje mobilną (w wersji beta) dodając długo wyczekiwaną opcję tworzenia treningów strukturalnych. Co prawda użytkownicy zegarków Suunto taką możliwość otrzymali już wiosną, ale wiązało się to z wykorzystaniem do tego oprogramowania firm trzecich. Od niedawna zaś taką opcję posiada również natywna aplikacja Suunto (4.58.x). 

Decyzja Suunto o zamknięciu platformy Movescount i zbudowania czegoś nowego była dla firmy bardzo bolesna. Nie chodzi tylko o protesty fanów marki, wiązało się to z dużym wyzwaniem, żeby taką platformę zbudować, zwłaszcza dla nie tak znowu dużej firmy jaką jest Suunto. Trzeba jednak przyznać, że Finowie mocno przyłożyli się do rozwoju aplikacji mobilnej, która systematycznie zyskuje nowe funkcje, a jednocześnie rozwijana jest w bardzo przyjemnej dla oka koncepcji wizualnej.

Doszło wręcz do tego, że (to moja) opinia, aplikacja Suunto wyprzedza obecnie wszystkie konkurencyjne platformy. Zwłaszcza po ostatniej aktualizacji, która w końcu eliminuje jej największy brak względem konkurentów, czyli możliwość tworzenia treningów strukturalnych.

Aplikacja w praktyce

Aby utworzyć trening strukturalny należy otworzyć aplikację Suunto i w prawym górnym rogu kliknąć ikonkę zegarka.


Następnie zaś wybrać z listy: Treningi strukturalne.


Dalej klikamy " UTWÓRZ NOWY". Spowoduje to otwarcie formularza, który składa się on z trzech etapów. Pierwszy zawiera podstawowe informacje takie jak nazwa, opis, czy to aktywności. Możemy również tutaj ustawić datę treningu, choć nie jest to wymagane.

W etapie drugim określamy założenia treningowe. Do dyspozycji mamy 4 różne fazy aktywności: Rozgrzewka, Interwał, Ozdrowienie oraz Schłodzenie.

Każdą fazę możemy edytować przez zmianę nazwy, określenie długości jej trwania, oraz ustalenie konkretnego celu.


Czas trwania konkretnej fazy możemy zdefiniować również jako "Odległość" lub "Naciśnięcie przycisku okrążenia". 


Cel możemy wyznaczyć w oparciu o kilka charakterystyk. Do wyboru mamy: Tętno, Moc, Prędkość, Tempo i... Bark celu. Ten ostatni przyda się na rozgrzewce, czy schłodzeniu.


Jeżeli chcemy usunąć daną fazę, wystarczy przesunąć ja w prawo. Pojawią się wówczas opcje: "Usuń" i "Powiel".

Pod spodem zaś aplikacja wyświetla podsumowanie treningu prezentując zaplanowany czas trwania i odległość.

Ostatni etap to krótkie podsumowanie naszego treningu:
Klikając ZAPISZ nasz nowo utworzony trening pojawi się na liście treningów strukturalnych.

Długo przyszło nam czekać na treningi strukturalne w aplikacji Sunnto, nieprzyzwoicie długo. Odnoszę jednak wrażenie, że Finowie dowieźli i dali nam świetnie przemyślane narzędzie. Proste, intuicyjne i jednocześnie bardzo uniwersalne.

Na zegarku informacja o treningu wyświetlana jest na dodatkowym ekranie, do którego przechodzimy klikając środkowy przycisk. Wskazówki treningowe mogły być jednak wyświetlane nieco większą czcionką.

Na zdjęciu faza rozgrzewki. Na górze informacja o tempie i tętnie, a na dole info ile km pozostało do końca etapu (jako cel rozgrzewki miałem ustawiony konkretny dystans).

Reasumując krótko - wygląda to na prawdę dobrze. Brawo 👏 🔺.

Chojnik "Siedemdziesiąt z hakiem" - relacja

Mój występ na tegorocznym festiwalu biegowym Chojnika był jak picie soku z cierpkiej wiśni - niby zdrowe, ale łyka się trudno i z przyjemnością ma to niewiele wspólnego. O tym co działo się na trasie "Siedemdziesiątki z hakiem" przeczytacie w niniejszym wpisie - zapraszam.


Chojnik i jego "Siedemdziesiątka z hakiem" miały być dla mnie przetarciem przed głównym startem tej jesieni, czyli biegiem - UltraKotlina 140. Trasa Chojnika liczyła ok. 72 km i nieco ponad 3 500 m przewyższenia. Dokładny przebieg trasy zamieszczam poniżej:

Tutaj jeszcze profil:


Początek, jak to często w takich sytuacjach bywa, nie zwiastował nadciągającej katastrofy. Pogoda zapowiadała się znakomicie. Prognozy wskazywały co prawda na chłodny poranek, ale przy bieganiu taka aura bardziej pomaga niż przeszkadza. Jedyne co mogło niepokoić to nasz późny przyjazd na miejsce, co z kolei "gwarantowało" mało snu przed startem. Odbiór pakietu, planowanie, pakowanie i nagle zegarek wyświetlał już 22:30 - słabo. Głównie ze względu na to, że wstać trzeba było przed trzecią... ach te ultra.

Poranek rzeczywiście okazał się chłodny. Pierwszy raz od kilku tygodni miałem okazję założyć bluzę, którą zabrałem w zasadzie przez przypadek. Na miejsce zbiórki dojechałem w zasadzie na chwilę przed startem. Rozgrzewkę postanowiłem więc zrobić na pierwszych kilometrach biegu 😉. 

Spokojnie ruszyliśmy w kierunku ciemnego lasu. Biegłem w grupie na czele jakieś... 3 minuty. Wystarczył pierwszy ostry zakręt i znaleźliśmy się poza trasą! Oczywiście szybko wróciliśmy na szlak, więc ta pomyłka nie kosztowała dużo, ale co dziwne, nie przyniosło to potrzebnego otrzeźwienia. Nie minęło bowiem więcej niż 10 minut, kiedy ponownie zboczyliśmy z trasy! Ale to nie był koniec podobnych atrakcji i chwilę później nastąpiła trzecia sytuacja tego typu (!). Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie doświadczyłem. Z perspektywy czasu, być może był to jakiś znak, żeby uciekać z tego biegu? 🤔

fot. BikeLife 2022

Powoli zaczynało świtać, a stawka zaczęła się rozciągać. Z biegiem czasu zrobiło się coraz ciszej. Przede mną była trójka, może czwórka zawodników. Na pierwszym dłuższym podejściu wysforowałem się na czoło grupy, ale ten stan rzeczy nie trwał długo, bo chwilę później wyprzedził mnie późniejszy zwycięzca tego biegu - Paweł Sadowski.

Pogodę mieliśmy świetną. Wschód słońca, grań Karkonoszy na horyzoncie - nic tylko napawać się widokiem. Pewnie bym nawet z tego korzystał... gdyby nie fakt, że podniesienie głowy na dłużej groziło wybiciem zębów na mało "biegowych" szlakach. Najbardziej we znaki dał mi się chyba zbieg Drogą Śląską. Teoretycznie nic tylko grzać przez 2,5 km przyjaźnie nachylonym terenem, ale przyznaję - chwilami strach zaglądał mi w oczy.


fot. BikeLife 2022

Na podejściu za punktem odżywczym w Karpaczu dogonił mnie drugi na mecie, Paweł Białek. Nie jest przyjemnie, kiedy ktoś cię wyprzedza, ale nie sprowokowało to mnie do zmiany tempa, trzymałem się własnych założeń. Po wdrapaniu się na górę przy Domu Śląskim teren wyraźnie zaczął "sprzyjać". Nie biegło mi się jednak dobrze. Powoli udało mi się rozpędzić i kiedy przybiegłem na punkt odżywczy w okolicach Przełęczy Karkonoskiej dowiedziałem się, że do chłopaków biegnących przede mną mam tylko "jakieś 3 minuty straty". 

Tego dnia nie było mnie jednak stać na nic więcej. Późniejszy etap określiłbym jako "niekończące się pasmo złych decyzji". Wywrotka na zbiegu na pewno mi nie pomogła, ale największy błąd popełniłem jeszcze przed biegiem - zarywając kilka nocy pod rząd. W końcu nie jest sztuką wiedzieć, co powinniśmy zrobić przed startem, tylko faktycznie trzymać się znanych i sprawdzonych procedur. Ultra nie wybacza chodzenia na skróty 😉.

Jednak jak to zwykle w życiu bywa - "nie ma tego złego...". Chojnik 2022 był dla mnie niczym zimny prysznic. Jestem pewien, że w dłuższej perspektywie to przykre doświadczenie zaprocentuje i przyniesie wiele dobrego. Muszę przyznać, że nawet trochę się cieszę na tę okoliczność, bo start sezonu jeszcze przede mną. Z początkiem października czeka nas przygoda na UltraKotlinie 140, będzie się działo!


Statystyki z biegu:

🔢 Nr startowy: 1160
🏁 Czas: 8g 01m 26s
🏅 Miejsce (open/kategoria): 6/5



Wiosenny Maraton 2022 - Etap 3/3

Wiosenny Maraton w roku 2022 jest u mnie w wersji ultra. Ultra bo w trzech etapach i oczywiście w terenie. Po Górach Opawskich i Bieszczadach pojechaliśmy do Kasinki Małej. Ostatni etap miał być tym najtrudniejszym. O tym co działo się na trasie Ultra-Trail Małopolska 45 w niniejszym wpisie, zapraszam.

Wiosenny Maraton 2022 - Etap 2/3

Wiosenny Maraton w roku 2022 jest u mnie w wersji ultra. Ultra bo w trzech etapach i oczywiście w terenie. Po Górach Opawskich przyszedł czas na Bieszczady i udział w premierowej edycji biegu UltraBiesa. W niniejszym wpisie o zmaganiach na trasie Zwodniczej Rusałki.


Od kilku lat wiosna kojarzy mi się z maratonem. Po jesienno-zimowych treningach przychodzi czas weryfikacji formy. Często wiąże się to ze sporą dozą niewiadomej, bo miesiącami trenujemy w warunkach bardzo odmiennych od tych, które mamy na starcie. Z długich portek wskakujemy w sportowe spodenki i już samo to jest zmianą niebagatelną.

Wiosenny maraton 2022, z racji indywidualnych preferencji, przybrał u mnie formę trailową, a w związku z tym, że w planach mamy ultra to i maraton też mamy taki trochę ultra 😉. Plan jesiennych przygotowań zakłada 3 starty maratońskie w okresie wiosennym. Na liście najbliższych zawodów mamy zatem takie imprezy jak: 3xKopa, Zwodnicza Rusałka i Ultra-Trail Małopolska. Wszystkie biegi na dystansie zbliżonym do maratonu.


Etap 2 - Zwodnicza Rusałka

Za samą nazwę imprezy i biegów organizatorom należy się wyróżnienie 🙂. UltraBies idealnie wpasowywał się w mój kalendarz, zapowiadał się ciekawie, a na dodatek Bieszczady - to nie mogło się inaczej skończyć jak moim startem w Zwodniczej Rusałce.

UltraBies to nowe wydarzenie w kalendarzu polskich biegów górskich. Dodatkowo w Bieszczadach, które do tej pory opanowane były przez Bieg Rzeźnika. Bardzo ucieszyła mnie ta inicjatywa, bo uważam, że Bieszczadom przyda się odświeżenie sceny biegowej.

W ramach pierwszej edycji UltraBiesa odbyły się cztery biegi:

  • PRZEBIEGŁY LESZY (10+ km)
  • NIESTRUDZONY SAN (30+ km)
  • ZWODNICZA RUSAŁKA (44+ km)
  • DZIARSKI CZAD (102+ km)

Trasa Zwodniczej Rusałki biegła z Polańczyka, przez Górzankę, Łopienkę, Cisną do Dołżycy. Szczegółowy przebieg możecie obejrzeć na poniższym filmie:


... a jak ktoś woli mapki (jak niżej podpisany) to zamieszczam też taką wersję 😉


Informacje o biegu

Nazwa: Zwodnicza Rusałka
Termin: 7 maja 2022 r.
Start/meta biegu: Polańczyk/Dołżyca
Dystans: ok. 44+ km
Suma podbiegów/zbiegów: +1975/-1825 m
Liczba punktów ITRA: 2
Link do zawodów: https://ultrabies.pl/


Relacja z biegu

Droga w Bieszczady była wyjątkowo zawiła. Muszę przyznać, że kiedy w piątek po 21 dojeżdżaliśmy do Cisnej po pakiet startowy byłem pełny obaw. Zastanawiałem się, czy ten start w ogóle ma sens - byłem wykończony. Start biegu zaplanowany był na godzinę 6:00, doliczając czas na dojazd wychodziło, że na sen zostaje mi niecałe 5 godzin. Nie wyglądało to najlepiej, ale pocieszałem się tym, że nie jest to bieg na 100 km, więc na trasie biegu nie spędzę połowy dnia 😉.

Start Zwodniczej Rusałki zaplanowany był w wyjątkowej scenerii. Mianowicie startowaliśmy z pomostu (!). Stwarzało to potencjał do wyeliminowania potencjalnych konkurentów, bo przed miejscem pomiaru czasu przebiegaliśmy przez wąską kładkę. Szczęśliwie na start niemal się spóźniłem, więc byłem na samym przedzie "bandy", co umożliwiło mi szybkie opuszczenie niebezpiecznego terenu.

fot. Karol Czajka

Grupa wystartowała dość zachowawczo, więc nie oglądając się za siebie zacząłem biec na przedzie trzymając się swojego tempa. Po chwili dogonił mnie Kuba Wiśniewski, którego w pierwszej chwili nie poznałem. Biegliśmy razem mniej więcej do pierwszego punktu odżywczego, utrzymując całkiem dobre tempo. W Górzance dołączyło do nas kolejnych dwóch biegaczy i tak w czwórkę dobiegliśmy pod Korbania (894 m n.p.m.).

fot. UltraLovers

 Na podejściu prowadził Gniewomir, byłem zaraz za nim, jednak na zbiegu wyraźnie mi jednak odskoczył i straciłem go z pola widzenia. Nie zbiegało mi się dobrze. W zasadzie od początku biegu coś uwierało mi stopę w prawym bucie. Początkowo myślałem, że to zbyt mocno zaciągnięte sznurowadła, ale pierwsze oględziny wykazały, że te były w zasadzie luźne. Manipulacje przy bucie i próby naprawy zaistniałego problemu nie przynosiły poprawy. Podbijały tylko niezadowolenie, bo każde, nawet chwilowe zatrzymanie, owocowało wyraźnym oddalaniem się widocznych przede mną zawodników. Na pierwszy rzut oka sprawa może wydawać się błaha, ale kiedy uświadomimy sobie, że w trakcie 45 km robimy około 42 tys. kroków, to daje do myślenia. Każdy ucisk na stopę, nawet niewielki, w dłuższej perspektywie może doprowadzić do kontuzji. Na domiar złego, na zbiegu z Korbania minął mnie jeszcze Kacper Porada, więc dalej biegłem na trzeciej pozycji.

fot. Karol Czajka

Szczęśliwie dla mnie chłopacy w Łopience serwisowali się dłużej ode mnie, więc punkt opuszczałem zaraz za nimi. Jeżeli ktoś szuka prawdziwie górskiego wyzwania w Bieszczadach to zapraszam na Łopiennik  (1069 m n.p.m.).  Trasa w zasadzie dowolna, chociaż górskiej frajdy znajdziecie najwięcej na wschodniej lub zachodniej ścieżce 😁. Na podejściu udało mi się dogonić Gniewomira, z którym prowadziłem dodatkową rywalizację. Mianowicie zafiksowaliśmy się na zbieraniu śmieci, które niestety pozostały po zawodnikach z dystansu ultra, którzy biegli tą trasą kilka godzin przed nami.

Na punkt w Cisnej (38 km trasy) zjawiłem się, kiedy zegarek wyświetlił charakterystyczne 3h 33m 33s. Miałem jeszcze cichą nadzieję, że uda mi się dogonić Kacpra, do którego traciłem kilka minut. Niestety moje nogi na próby podkręcenia przeze mnie tempa dość jednoznacznie wyraziły swój sprzeciw. Próby wynegocjowania czegokolwiek w tym temacie okazały się niestety bezproduktywne. Na mecie zameldowałem się jako drugi po 4 godzinach i 13 minutach od startu. Byłem szczęśliwy, że nie muszę biec dalej 😉.

fot. Mała Gośka

W mojej ocenie zawody w Bieszczadach poszły mi znacznie lepiej niż w Górach Opawskich. Czułem się znacznie mocniejszy, a dyspozycji nie zniweczył nawet brak należytego odpoczynku przed startem. Adrenalina zrobiła swoje i formę udało się sensownie przekuć na wynik. Podium zawsze cieszy, a dodatkowo zyskałem cenne doświadczenie - wcześniej nie wiedziałem, że mogę się tak zmęczyć 😉.

Jeżeli zaś chodzi o organizację samej imprezy to muszę przyznać - że do dzisiaj jestem pod dużym wrażeniem - ekipo UltraBies'a zrobiliście to dobrze, a nawet bardzo dobrze. To była czysta przyjemność, dawno już nie biegłem na tak dobrze zorganizowanej imprezie. Liczę, że nie spuścicie z tonu. Mógłbym chwalić za wiele rzeczy, ale najbardziej chciałbym wyróżnić praktyczne pakiety startowe (!) i doskonałe oznakowanie trasy.

Na koniec chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkim za wsparcie i kibicowanie, a najbardziej Agnieszce na support na trasie 👏. Jesteście fantastyczni!

fot. Mała Gośka

Następny przystanek już 28 maja w Kasince Małej, czyli ULTRA-TRAIL® MAŁOPOLSKA.

Statystyki z biegu:

🔢 Nr startowy: 465
🏁 Czas: 4g 13m 06s
🥈 Miejsce (open/kategoria): 2/1



fot. Agnieszka WP

Link do Stravy:



Wiosenny Maraton 2022 - Etap 1/3

Wiosenny Maraton 2022 - Etap 3/3


Copyright © Rock&Run | Powered by Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com