O bieganiu z górskiej perspektywy.

V Zimowy Maraton Bieszczadzki - relacja z zawodów

V Zimowy Maraton Bieszczadzki to był mój powrót na zimowe bieszczadzkie ścieżki po trzyletniej nieobecności. W pamięci miałem jeszcze mój debiutancki start w tej imprezie w roku 2016. Co się zmieniło i jak oceniam tę imprezę po kilku latach doświadczenia na innych biegach? O tym i oczywiście o samych zmaganiach na trasie przeczytacie w niniejszej relacji.


O samym biegu i trasie pisałem obszernie w zapowiedziach, dlatego osoby szukające tych informacji odsyłam do tekstu: V Zimowy Maraton Bieszczadzki - zapowiedź.
Zimowy Maraton Bieszczadzki to wyjątkowa impreza, która ściąga w góry całą gromadę pozytywnie zakręconych osobników. Jedni walczą o najwyższe lokaty, inni mają w planie tylko dotarcie do Karczmy Brzeziniak. Pomimo tych rozbieżności atmosfera na tym nie cierpi, wręcz przeciwnie, daje się odczuć wyraźny luz i zapowiadającą się przygodę. W odróżnieniu do startu 2016 roku, zima tym razem nie zawiodła, śniegu było aż nadto. Jeszcze na tydzień przed biegiem prognozy straszyły nas dwudziestostopniowym mrozem.



Podobnie jak miało to miejsce trzy lata temu na starcie stanęliśmy oboje. Agnieszka miała w planach Zimową Bieszczadzką Dychę, ja zaś wystartowałem na dystansie maratońskim. Dwucyfrowego mrozu na szczęście nie było, rankiem w Cisnej termometr wskazywał -6 st. C. Start dla wszystkich biegów był wspólny i zaplanowano go na 7:20, czyli godzinę wschodu słońca. Swoją drogą wydaje mi się, że w tym temacie organizatorzy trochę przestrzelili. Całą drogę zastanawiałem się czemu startujemy tak wcześnie i o najzimniejszej porze dnia? Rozumiem chęć zakończenia imprezy jak najszybciej, ale zdaje mi się, że można było w tym aspekcie trochę odpuścić. Jedynym plusem takiej godziny startu były widoki z wynurzającym się słońcem zza bieszczadzkiego horyzontu. 😉


Żeby przed startem zjeść śniadanie i dojechać do Cisnej musieliśmy wstać przed piątą. Dodatkowym impulsem do wcześniejszego przyjazdu był fakt, że trudno było o miejsca parkingowe w zasypanej śniegiem Cisnej. Dlatego zjawiliśmy się wcześniej i dosypialiśmy trochę w samochodzie. W końcu jednak trzeba było się zmobilizować i wyjść na mróz z ciepłego pojazdu. Szybka zmiana temperatury zapewniła orzeźwienie. Przetruchtaliśmy na start, oddaliśmy w depozyt kurtki, szybko przeszliśmy kontrolę obowiązkowego wyposażenia i zaczęliśmy odliczać minuty do startu. Chwila oczekiwania i donośny strzał ze strzelby rozpoczął na dobre tę zimową przygodę.


Pierwszy kilometr był mocno z górki. Kiepsko się ustawiłem, przez co musiałem w początkowej fazie wyminąć kilkadziesiąt osób. Peleton szybko się jednak rozerwał i na drodze zrobiło się znacznie luźniej. Pierwsze 7 kilometrów biegliśmy drogą asfaltową, na której zalegał lód. Żałowałem, że nie mam butów z kolcami, bo o wywrotkę zwłaszcza na zbiegach raczej nie było trudno. Warunki na trasie były jednak i tak dużo lepsze od spodziewanych.



Gdy tylko skręciliśmy w kierunku Solinki, warun postanowił mnie nie zawieść. Przede wszystkim zrobiło się bardziej stromo, a duże ilości rozjeżdżonego śniegu nie ułatwiały biegu. Moje tempo trochę spadło, ale było to świadome działanie żeby uspokoić puls, który zaczął wkraczać na niebezpieczne rejony. Kilometry leciały mi bardzo szybko, na punktach się nie zatrzymywałem. Pomimo nawet oferowanych mi przez jedną z wolontariuszek... KABANOSÓW 🙂
To był chyba błąd, bo o ile kiełbasek raczej bym nie spróbował to zdecydowanie powinienem
się czegoś napić. Kiedy na 20 kilometrze wyciągnąłem bidon okazało się, że końcówka od niego zupełnie zamarzła. Przez krótki czas starałem się z nią walczyć, ale musiałem dać za wygraną. Schowałem go głęboko do kieszeni w nadziei, że się ogrzeje... tak, tak.


Organizator zamieszał coś chyba z numerami startowymi. Teoretycznie, każdy dystans miał inny kolor numerów startowych, ale faktycznie było jednak dużo wyjątków. Biegnąc do Brzeziniaka, gdzie trasa zawracała, zauważyłem, że mija mnie bardzo dużo osób z mojego dystansu. Do nawrotki miałem jeszcze kilka kilometrów, a tu coraz więcej osób mnie mija, jedni biegną inni tylko truchtają, "Co jest?", myślę. Zdawało mi się, że jestem dziewiąty, a tu minęło mnie już kilkanaście osób. Postanowiłem się tym nie przejmować, zwłaszcza jak pewna pani chciała mnie zawrócić z trasy mówiąc: "Hej! Zawodnicy biegnący na dychę skręcali wcześniej w lewo!" Tak, tak wiem. Te wcześniej było jakieś 20 kilometrów temu 🙂 Nie wyprowadzałem jej jednak z błędu tylko pobiegłem dalej.


W Brzeziniaku w końcu napiłem się trochę herbaty, przybiłem "piątkę" z Agnieszką, która zdążyła po swoim biegu dotrzeć tu z Cisnej i ruszyłem dalej. Teraz miało być już tylko z górki i tak w rzeczywistości było. Ten bieg bez picia trochę mnie jednak kosztował, bo pomimo sprzyjającego terenu, trudno było mi się już rozpędzić. Najgorszy był jednak ostatni kilometr, który prowadził przez zasypane śniegiem tory. Biegać po tym było trudno, a wyprzedzać się w zasadzie nie dało. Przede mną było zaś kilkadziesiąt osób z krótszych dystansów, które wolnym krokiem zmierzały do mety - KOSZMAR! Wiem, że podbieg pod Wołosań, jak miało to miejsce trzy lata temu, pewnie nie wszystkim się podobał, ale wydaje mi się, że było to dużo lepszym rozwiązaniem. Wtedy każdy kończył bieg swoim tempem, tym razem wpadało się w "kolejkę" i zaczynało kilometrowy marsz do mety. Było to dla mnie bardzo frustrujące. Ostatecznie na mecie zameldowałem się po niecałych 3 godzinach i 40 minutach od startu.

Po zawodach mieliśmy jechać bezpośrednio do domu, Agnieszka nalegała jednak byśmy zostali na dekoracji. Zgodziłem się, ale z dużą niechęcią. Na miejscu okazało się, nic o tym nie wiedzieliśmy wcześniej, że organizator postanowił nagrodzić głównymi nagrodami pierwszą szóstkę uczestników najdłuższego biegu. Z automatu wskoczyłem więc na podium w kategorii wiekowej, bo przyjęte jest, że tego typu wyróżnienia nie wręcza się nagrodzonym w kategorii Open. Takim to szczęśliwym trafem do Warszawy wracała z nami nowa statuetka. Wilk wyczuł Wilka, jak nic!
😉


Zimowy Maraton Bieszczadzki miał być tylko impulsem treningowym, a nie celem samym w sobie. Dlatego jadąc w Bieszczady nie nastawiałem się na ściganie tylko potraktowałem ten start jako biegową przygodę. Cel, z uwagi na problemy z bidonem, został zrealizowany aż nadto. Niespodziewane wyróżnienie bezdyskusyjnie osłodziło jednak poniesiony trud na trasie. O zmaganiach Agnieszki celowo nie piszę, aby zmobilizować ją do napisania własnej relacji. Pokrótce wspomnę tylko, że uporała się z nią bez problemów plasując się w połowie stawki. 😆


Zimowy Maraton Bieszczadzki to ciągle świetne zawody i pomimo kilku niedociągnięć polecam tę imprezę wszystkim chcącym pobiegać po górkach w zimowym okresie. Niezależnie od tego, czy Twoim celem są rekordy, czy tylko dobra zabawa, w Bieszczadach powinno Ci się spodobać. Spośród wszystkich zimowych biegów, w których brałem udział, ten ciągle oceniam najlepiej.

Statystyki z V Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego:
Dystans: 44,6 km
Nr startowy: 526
Kategoria: M30
Czas: 03:39:52.9
Miejsce Open/Kategoria: 9/4
Tempo: 4:55 min/km

Poniżej link do Stravy:

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Rock&Run | Powered by Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com