O bieganiu z górskiej perspektywy.

Łemkowyna Ultra-Trail 100 - relacja z zawodów

Wiem jak to może wyglądać z boku. “Narzekał, że słabo przygotowany, że nie ma formy, a tu taki rezultat”. Cóż, wierzcie lub nie, ale zapowiedź do biegu dzisiaj napisałbym taką samą jak wcześniej. Pozytywnych prognoz nie było na czym opierać, wyszło lepiej… dużo lepiej niż się spodziewałem. Oby więcej takich niespodzianek. Przejdźmy tymczasem do historii, bo ta jest naprawdę ciekawa.


Tegoroczna Łemkowyna okazała się “suchowyną”, a nie “błotowyną”, jak miało to miejsce we wcześniejszych latach. Nie specjalnie mi to jednak przeszkadzało. Powiem więcej, po cichu liczyłem, że tak właśnie będzie. Chciałem pobiegać, a nie przeżyć błotną przygodę.

Do Krynicy-Zdrój udaliśmy się w poszerzonym składzie. Nasz zespół wzmocnił tata Agnieszki, który objął funkcję fotografa i udokumentował całą tę historię.
Start Łemkowyna Ultra-Trail 100 zaplanowany był o pierwszej w nocy 13 października.
Chociaż lubię biegać w nocy to muszę przyznać, że cała logistyka przed nocnym startem jest mocno uciążliwa. Trudno wprowadza się zmiany typu: godziny snu, czy spożywania posiłków. Tym razem, na szczęście, obyło się bez większych problemów i muszę przyznać, że finalne przygotowanie do biegu odbyło się wzorowo.



Na starcie spotkałem Maurycego, którego poznałem właśnie dzięki Łemkowynie. Kilka tygodni wcześniej, kiedy byliśmy na rekonesansie trasy, natknąłem się na sympatycznego jegomościa, który podobnie jak ja przemierzał biegiem czerwony szlak. Słowo do słowa i okazało się, że szykujemy się na ten sam bieg. Teraz spotkaliśmy się na starcie i życząc sobie powodzenia, przybiliśmy piątkę.
Pogoda postanowiła nam sprzyjać, nie było ani za ciepło, ani za zimno. W sam raz na bieganie, chociaż chłodno na stanie. Czas szybko przeleciał i nim się zorientowałem odliczaliśmy już chórem do wystrzału startera: 3, 2, 1… i poszli.

Pierwsze kilometry biegliśmy ulicami Krynicy, a później zanurkowaliśmy w ciemnym lesie.


Już na wstępie muszę pochwalić organizatorów, za dobrze oznakowaną trasę, która nawet w nocy była bardzo dobrze widoczna i żeby się zgubić trzeba było się naprawdę postarać. Mi tej sztuki udało się dokonać już na 4-tym kilometrze drogi! Coś mi zabrzęczało, zapiszczało i zamiast patrzeć na ścieżkę zacząłem wpatrywać się w tarczę zegarka. Na moje szczęście ocknąłem się szybko, bo po jakiś dwustu metrach. Wróciłem na trasę, a gdy zobaczyłem oznaczenie zakrętu, który minąłem było mi wstyd. Taśm i różnego rodzaju świecidełek było tam tyle, że mieniło się to wszystko jak świąteczne ozdoby. Takim oto sposobem straciłem swoją czwartą lokatę i wylądowałem na dziewiątej.
Zaczął się zbieg, a ja mimo szybkiego tempa nie byłem w stanie nikogo dojść. Powstrzymałem emocje, w końcu był to dopiero początek biegu.



Po przebiegnięciu 6-u kilometrów zacząłem doganiać pierwsze osoby biegnące na dystansie 150 km (“sto pięćdziesiątka” wystartowała godzinę przed nami). Od tego momentu straciłem orientację i w zasadzie nie wiedziałem na której jestem pozycji. Niespecjalnie mi to
jednak przeszkadzało, zależało mi na utrzymaniu własnego, równego tempa. Myślenie o lokacie, kiedy do mety było ponad 90 kilometrów nie było mi zupełnie potrzebne.
Na pierwszy punkt kontrolny (20 km) dobiegłem po niecałych 2 godzinach. Szybko uzupełniłem bidony, Agnieszka wsunęła mi dwa żele i z powrotem wróciłem na trasę. Na odchodne ktoś krzyknął, że jestem czwartym zawodnikiem “na setce”.



Kolejne kilometry były chyba najprzyjemniejsze. Sił w nogach jeszcze nie brakowało, ogarniająca wszystko noc i las. Kilometry leciały jak minuty w zegarku.
W tej ciemnicy udało mi się jeszcze rozpoznać znajomych z Warszawy - Justynę i Wojtka, oni w planach mieli 150 km. Jakim cudem ja ich wówczas rozpoznałem, pojęcia nie mam. Miło było jednak przybić piątkę z ziomkami na szlaku.



Drugi punkt odżywczy mieścił się na 44-tym kilometrze. Gdy tam dobiegałem było dobrze przed szóstą. Schemat jak poprzednio, napełnianie bidonów, nowe żele w kieszeń, a śmieci do kosza. Wybiegając złapałem jeszcze kawałek banana i znów byłem na trasie. Nad ranem temperatura wyraźnie spadła, ale mi to nie przeszkadzało, mieściło się jeszcze w granicach mojego komfortu. Charakter biegu nie uległ zmianie, starałem się równomiernie pracować nie forsując przesadnie tempa. W nogach miałem już 50 km i byłem ciekawy na ile będzie mnie stać w drugiej części biegu.


Trzeci pit stop zlokalizowany był na 65-tym kilometrze. Dotarłem tam po 7 godzinach i 15 minutach od startu. Poza standardowym tankowaniem postanowiłem zrzucić bluzę i dalej pobiegłem już tylko w koszulce. Nakarmiono mnie tutaj trochę, a na drogę dostałem jeszcze bułkę z miodem. Bardzo dobrze, bo dalsza część nie zapowiadała się na łatwą. Czułem już, że w moich mięśniach nie ma ani krzty glikogenu. Silnik przełączył się na tryb “eco” i nie był skory do szybszego biegu. Zaczęło się odliczanie kilometrów. Pomysł raczej kiepski, ale w ferworze zapomniałem wziąć słuchawki, gdy byłem na punkcie.



Kiedy dobiegałem na ostatni posterunek odżywczy, moje nogi miały już plan na finalną część biegu: “teraz sobie spokojnie doczłapiemy do mety”.
Docieram na miejsce, a tam brawa i pełna mobilizacja.
“Dawaj, dawaj” - krzyczą.
“Jesteś trzeci!”. Trzeci? Jak to trzeci? Niemożliwe.
“Do drugiego masz stratę tylko 5 minut! Lecisz, lecisz!”



Oj nie spodobało mi się to. Człowiek biegnie trasę na 100 kilometrów, pod koniec myśli już tylko jak tu dotrzeć do mety, a tu nie to, że “każą mi“ biec to jeszcze nawołują do ścigania ;)
Cóż było robić, przynajmniej z punktu trzeba było wybiec. Później jednak coś się we mnie zmieniło i udało mi się nakłonić nogi do biegu. Na 90-tym kilometrze byłem już drugi, a przede mną było ostatnie duże podejście, na Cergową (716 m n.p.m.). Czułem, że jeżeli dobrze tutaj zapracuję, to na zbiegu nie dam się dogonić.

Ostatnia część trasy to niecałe 5 kilometrów asfaltu do Iwonicza. Najpierw łagodnie w dół, potem trochę to góry i znowu w dół. Jak te kilometry leciały wtedy wolno! Na zbiegu nogi też już nie chciały pracować i pomimo wymarzonych warunków do szybkiego biegu, ów zbieg wcale nie był taki szybki jak mi się wówczas wydawało. Popracowałem jeszcze na ostatnim podejściu i zaczął się upragniony, ostatni odcinek lekko w dół.
Gdy do mety miałem raptem kilometr na zakręcie zamajaczyła mi postać Maurycego. Dzieliła nas odległość kilkuset metrów - mało i niemało. Bardzo się zdziwiłem, bo byłem pewien, że
już dawno dotarł do mety. On jakby wyczuł moją obecność, bo od razu mnie zauważył i wyraźnie przyspieszył. Ja też spróbowałem. Wcisnąłem gaz, ale mój diesel zareagował bardzo ospale. Licznik wyświetlił 4:13 min/km i dalej już nie chciał ruszyć. Nie było szans.


Meta! Dla tych min na mecie warto było się pomęczyć. Nie to, żeby mój zespół we mnie nie wierzył, wiem że wierzyli i trzymali kciuki, ale zobaczyć na żywo to inna rzecz.



Ach co to był za bieg! Jeszcze nigdy nie udało mi się tyle wycisnąć z siebie podczas biegu. To nie było już tylko bieganie, zaczęło się ściganie i to chyba w tym wszystkim było najfajniejsze.



W końcu dochodzę do poziomu mojego zespołu wspierającego, któremu oczywiście składam serdeczne podziękowania. Ostatnie kilometry były dla Was i dzięki Wam. Sam chyba bym się nie zmobilizował do takiego finiszu.
Łemko Team - jesteście świetni!


Statystyki z biegu:
Nr startowy: 604
Kategoria: Mężczyźni
Czas: 11:51:44.7
Miejsce Open/Kategoria: 2/2
Tempo: 6:57 min/km

Poniżej link do Stravy:


0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Rock&Run | Powered by Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com