O bieganiu z górskiej perspektywy.

Namiot hipoksyczny - test [aktualizacja]

Co jest najgorsze w wyjazdach w góry wysokie? Pomijam sprawy organizacyjne, które prawie zawsze trwają dłużej niż sam wyjazd. Pominę również oczywisty aspekt finansowy.
Zatem kiedy już uporamy się z organizacją, zdobędziemy sprzęt, wizy, pozwolenia, pospinamy przeloty i przejazdy, zapakujemy się w dwa plecaki na kilka tygodni górskiej akcji, w końcu dotrzemy na miejsce naszych górskich zmagań, a tam - dostajemy obuchem po głowie!




Dzieję się tak zawsze, kiedy zbyt szybko przemieszczamy się na duże wysokości, nie dając szansy naszemu organizmowi do zaaklimatyzowania się do nowych warunków. Wtedy cały ten zapał, który napędzał nas przez te kilka ostatnich tygodni, ulatuje niczym powietrze z przebitego balona. Wszystko to za sprawą zmniejszenia dostępności tlenu wywołanego przez stopniowe rozrzedzenie atmosfery, które postępuje wraz ze wzrostem wysokości.
Zadyszka, ból głowy, brak apetytu, czy niewyspanie to typowe objawy Ostrej Choroby Górskiej (AMS). Nie zagraża ona życiu, ale jest nieprzyjemna i co najważniejsze nie można jej lekceważyć. Dalsza wspinaczka może spowodować Wysokogórski Obrzęk Mózgu (High Altitude Cerebral Edema – HACE) lub płucach (Wysokogórski Obrzęk Płuc - High Altitude Pulmonary Edema – HAPE). Wówczas konsekwencje mogą być tragiczne.



Takim sytuacjom możemy oczywiście zapobiec. Najczęściej bywa tak, że aby dotrzeć do bazy głównej trzeba odbyć kilkudniowy trekking. Wtedy organizm ma czas na reakcje i pomimo, że te kilka dni marszu nie załatwi sprawy aklimatyzacji, to powolne zdobywanie wysokości złagodzi szok wywołany brakiem tlenu.
Jednak nie zawsze jest to możliwe, czasami po prostu
jesteśmy “skazani” na szybki transport do bazy. Takim przykładem jest nasza tegoroczna wyprawa w Pamir, gdzie do bazy na lodowcu Moskwina musimy dolecieć helikopterem.

Duże wysokości, czyli właściwie jakie?

Uznaje się, że klimat wysokogórski rozciąga się powyżej 1800 metrów n.p.m. Już na wysokości 2000 m n.p.m. daje się odczuć dyskomfort wynikający ze spadku dostępności tlenu w otoczeniu. Na wysokości 3000 m n.p.m. dostępność tlenu jest średnio o 30% niższa w porównaniu z poziomem morza.
Jak nasz organizm zareaguje w górach wysokich ma wiele czynników, a tempo i zdolności aklimatyzacyjne zależą w dużej mierze od cech indywidualnych. Większość ludzi, pod warunkiem odpowiedniej ilości czasu, jest jednak w stanie zaadaptować się do wysokości 5000-5500 m n.p.m.



Jak w takim wypadku najlepiej przygotować się na taką wyprawę?

Odpowiedź jest oczywista - zaaklimatyzować się wcześniej. Tylko jak to zrobić nie wyjeżdżając dodatkowo w góry?
Istnieje możliwość odtworzenia warunków panujących w górach. Zmniejszenie dostępności tlenu dla organizmu można uzyskać dzięki specjalistycznym generatorom i stworzyć warunki zmniejszonego stężenia tlenu, tym samym doprowadzając do sytuacji, w której zmniejsza się utlenowanie tkanek.
Brzmi to dość skomplikowanie, ale rozwiązanie jest niezwykle proste. Mianowicie jest nim namiot, do którego wtłaczane jest powietrze o zmniejszonym stężeniu tlenu. Tym samym doprowadzając do sytuacji, w której zmniejsza się dotlenienie naszych tkanek.

Takie warunki stymulują organizm do wytworzenia dodatkowych erytrocytów, które odpowiedzialne są za transport tlenu. Na efekty takiego działania trzeba poczekać, nowe erytrocyty pojawiają się po 4-5 dniach, a ich optymalna liczba dla danej wysokości pojawia się dopiero po kilku tygodniach.
Jednak dzięki takiemu rozwiązaniu aklimatyzację możemy przeprowadzić we własnym domu, co często ma kluczowe znaczenie.

Namiot hipoksyczny - jak to zatem wyglądało u mnie?

Korzystałem z urządzenia EVEREST SUMMIT II HYPOXICO.


Na jego zestaw składa się: namiot, generator przy pomocy którego wtłaczane jest rozrzedzone powietrze i pulsoksymetr. Ten ostatni pozwala w pełni kontrolować hipoksję i używać jej z zachowaniem bezpieczeństwa.
Urządzenie pozwala oczywiście na regulację stopnia stężenia tlenu. Istnieje możliwość uzyskania warunków odpowiadających wysokości ok. 3900 m lub ze specjalnym adapterem nawet 6400 m n.p.m.


Moje doświadczenia z namiotem hipoksycznym.

Z namiotu korzystałem przez tydzień, śpiąc w nim w nocy. Jest to okres krótszy niż zalecenia producenta, ale na dłuższą aklimatyzację zabrakło czasu.
Pierwsza noc nie była komfortowa głównie z uwagi na hałas emitowany przez urządzenie - brzmi on jak odkurzacz. Z czasem zapewne można się do tego przyzwyczaić, ale zważywszy na fakt, że rura z generatora jest dość długa to dobrym pomysłem jest ustawienie go poza sypialnią. Przez co ilość dochodzącego hałasu jest już akceptowalna, choć ciągle wpływa to negatywnie na komfort.
Przebywanie w namiocie, przy odtworzeniu wysokości 3900 m jest dość szybko odczuwalne. Pierwszą reakcją organizmu na spadek zawartości tlenu w powietrzu jest przyśpieszony i pogłębiony oddech. Przy niższych wysokościach miałem wrażenie, że urządzenie nie działa. Jednak można to szybko skontrolować poprzez pomiary saturacji krwi.



Pierwszej nocy ustawiłem wysokość na ok. 3000 m. Nie wiem, czy bardziej przeszkadzał mi brak tlenu, czy hałas urządzenia, jednak nocy nie przespałem dobrze. Często się budziłem i w głębszy sen zapadłem dopiero nad ranem. Później było już dużo lepiej, nawet po zwiększeniu wysokości, którą stopniowo podnosiłem. Codziennie spałem w namiocie po minimum 8 godzin.


Oczywiście wpis zostanie zaktualizowany po moim powrocie z Pamiru. Pamiętam jak dwa lata temu pod Leninem męczyliśmy się przez pierwsze dni pobytu w bazie. Jestem bardzo ciekawy, czy ten tydzień przespany w namiocie hipoksycznym wpłynie pozytywnie na stopień aklimatyzacji bezpośrednio po przylocie do bazy na Lodowcu Moskwina ok. 4200 m n.p.m.

[Aktualizacja]


Nie będę ukrywał, że mam mieszane uczucia jeżeli chodzi o efekty tygodniowego spania w namiocie hipoksycznym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że spałem w nim krócej niż zaleca producent, ale... 7 kolejnych nocy (po minimum 8 godzin) to już w sumie konkretny wynik, po którym, moim zdaniem, można mieć już jakieś oczekiwania.

Moje tegoroczne doświadczenia z Tadżykistanu, jeżeli chodzi o aklimatyzację do dużych wysokości, nie różnią się w sumie od tego, co wcześniej przeżyłem w górach wysokich. Wyglądało to standardowo, czyli pierwsza noc w bazie (na wysokości 4200 m n.p.m.) była nieprzespana. Całą noc przewracałem się z boku na bok. Zasnąłem na krótko dopiero nad ranem. Druga noc była już dużo lepsza, spałem komfortowo. Czyli w zasadzie wyglądało to podobnie jak 2 lata wcześniej pod Leninem. Pierwsze wyjście powyżej 5000 m n.p.m., tak jak w Kirgistanie, było dużym wyzwaniem i walką ze słabościami organizmu. Kolejne podejście odbyło się już w zupełnie innej “atmosferze”, czyli klasycznie do wcześniejszych doświadczeń.

To są pierwsze wnioski i spostrzeżenia. Z drugiej zaś strony, gdy patrzę w kalendarium to widzę: 14 lipca - przylot do bazy, 25 lipca - Korżeniewska summit, 4 sierpnia - Somoni summit.
Mówiąc krótko - wygląda to nieźle. Na pierwszej górze byłem 12-ego, a na drugiej - 21-ego dnia od przylotu do bazy. Wydaje mi się to dobrym wynikiem, chociaż nie czułem się wybitnie dobrze podczas obydwu akcji szczytowych. Przy wejściu na Somoni, muszę wziąć jednak poprawkę, bo wówczas miałem spore problemy żołądkowe. Trudno mi więc ocenić poprawę względem Piku Korżeniewskiej.

Reasumując. Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że pomimo braku jakiś wyraźnych odczuć forma była całkiem niezła i wcześniejsze spanie w namiocie mogło faktycznie mieć w tym swój udział.
Kiedy jednak porównam to z Pikiem Lenina, na którym byłem dwa lata temu, okazuje się, że różnica pomiędzy nim, a wejściem na Pik Korżeniewskiej wynosi tylko 2 dni.

Trudno zatem jest mi jednoznacznie ocenić przydatność tygodniowego spania w namiocie hipoksycznym. Jedno jest pewne - nie można oczekiwać, że odtworzy on warunki jakie panują w górach wysokich w stosunku 1:1. Krótkie czasy wejścia na dwa szczyty, każą zastanowić się czy jakiegoś wspomagania jednak nie było.

Czy było warto? Oczywiście wszystko sprowadza się do analizy zysków i poniesionych kosztów. Czy taka inwestycja warta była wydania 550 złotych? W moim odczuciu - nie.
Dlatego w przyszłości raczej nie będę korzystał z tego typu “wspomagaczy”.


Źródła:
  • Podróżowanie po górach wysokich, red. Denzil Broadhurst, Chris Smith, Medex 2008, tłum. Robert Szymczak.
  • http://sportslab.pl/centrum-kompetencji-i-treningu-hipoksycznego
  • https://zdrowiewpodrozy.mp.pl/profilaktyka/145329,aklimatyzacja-do-duzych-wysokosc
  • https://hypoxico.com

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Rock&Run | Powered by Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com